Lizbona – pierwsze wrażenia

Kupujac bilety do Lizbony nie byliśmy świadomi, że to właśnie to miasto jest uznawane przez wiekszosc podròżników za najładniejsze a na pewno najprzyjemniejsze do życia na świecie. I trudno się z ta opinia nie zgodzic. Mamy tutaj kolorowe kamienice, koscioly i duze budowle z bialego kamienia, kilka reprezentacyjnych placy, tramwaje pełniace funkcje windy i tuk-tuki podbierajace turystów czarno-zielonym taksówkom. A pomimo tej róznorodnosci jest najbardziej spójnym miastem w jakim byłam. Nie razi tu w oczy nic, nawet suszace sie pranie z okien wydaje sie naturalnym i oczywistym jego elementem.

Jednym z najbardziej charakterystycznych motywów Lizbony sa płytki tzw. azujeros, którymi obkafelkowana jest elewacja większości starych kamienic. Podobno kilka wieków temu mieszkańcy Portugalii doszli do wniosku że to własnie glazura najlepiej znosi zab czasu i zaczeto stosowac ja nie tylko w kosciołach, ale rowniez jako standardowy element wykonczenia domów. Kamienica w której mieszkamy ma dosyc typowy wzór i kolor kafli jak na Lizbone gdzie dominujace sa bialo niebieskie wzory. Jak możecie zauważyć na tytułowym zdjeciu wejscie do naszego mieszkanka mamy prosto z ulicy, drzwi ryglowane sa za pomoca pionowego pretu …ale za to w srodku mamy juz XXI wiek z elegancko urzadzonym wnetrzem i wszelkimi wygodami. No i mieszkamy kilka minut od stacji slynnego tramwaju nr 28 ale o nim jutro bo jeszcze się nie zdazyliśmy nim przejechać;)

 

Same centrum Lizbony słynie z pięknych kościołów (te najpopularniejsze to ruiny kosciola karmelitów, bogato urzadzony kościół św. Rocha i katedra Se o surowym, wrecz pustym wnetrzu ale za to z ponad 800 letnia historia) oraz zamku św.Jerzego z którego murów roztacza się piękna panorama miasta. Jak dodamy do tego waskie uliczki z przytulnymi restauracjami w zaułkach, z grajaca muzyka fado w tle i przestronnymi placami z bijacymi biela po oczach pomnikami bohateròw minionej epoki to otrzymamy miasto przypominajace z jednej strony slynne wloskie miasta jak Wenecja i Florencja, a z drugiej strony miasto przyjemne do zwiedzania i spacerowania bo ilosc uliczek i miejsc wartych do zobaczenia pozwala rozproszyc sie turystom. I to jest baaaardzo duży plus by móc sie cieszyc zwiedzaniem a nie koncentrowac sie na przepychaniu pomiedzy turystami.

Kosciół Dominikanów
Kosciół św. Rocha

No a teraz kacik kulinarny. Na poczatek spróbowalismy typowych zup portugalskich (rybnej i fasolowo-miesnej) zaserwowanych w nowoczesnie urzadzonym budynku targowym. Dla mnie rewelacja ale ja jestem fanem wszelkich zup. Patrzac na Tomka pałaszujacego cała miske obiektywnie moge napisac ze bylo warto.A na deser poszły najbardziej znane ciastka z Lizbony czyli pasteis de nata. To takie babeczki z ciasta zblizonego do francuskiego, wypelnionego kremem jajecznym i zapiekane w piekarniku stad ich charakterystyczne czarne przypalenia. Jutro sprobujemy ich w oryginalnej recepturze, bo te originalne nazywaja sie pasteis de betelem i wymyslone zostaly przez braciszków z klasztoru Hieronimitów, gdzie jutro zamierzamy sie udać.




I na koniec panorama Lizbony. Czyz te czerwone dachy nie kojarza Wam sie z Dubrovnikiem? 😉

Jesteśmy w stolicy Omanu :)

Nieoczekiwanie wyladowalismy na lotnisku Muscat w Omanie. Burza piaskowa spowodowala zamkniecie lotniska w Dubaju i tym sposobem mamy nieoczekiwany przystanek… i kolejne godziny opoznienia w drodze powrotnej. Pierwsze trzy godziny zlapalismy juz na starcie w Sydney, gdzie samolot byl zbyt nagrzany by wpuscic pasazerow (taka przynajmniej wersje uslyszelismy).

Samo lotnisko jak to lotnisko. Miało identyczna strefe bezclowa i te same produkty co wszystkie inne lotniska na swiecie. Natomiast zdecydowanie wyroznialismy sie wsrod pasazerow bo tutaj kobiety zakryte byly po twarz albo i nawet oczy.

Aktualizacja: obecnie nasz samolot ma 9 godzinne opoznienie. Na razie nie koliduje to z naszym samolotem powrotnym do Wroclawiu ale zabiera nam dzien na zwiedzanie Londynu ;(

Aktualizacja2: jestemy juz w Dubaju ale zlapalismy kolejne 2 godziny opoznienia. Istnieje zatem duze prawdopodobienstwo ze nie zdazymy jednak na samolot do Wroclawia i zostaniemy na noc (lub do kolejnego samolotu) w Londynie. Czyzby zatem sylwester w Londynie ?;)

Aktualizacja3: Jestemy w Londynie ale nasz samolot do Polski juz polecial. Wrocimy zatem w sylwestra jutrzejszym samolotem.

Ostatnia aktualizacja;) Samolot jednak nie odlecial bo…  odwolali wszystkie samoloty do Polski z powodu mgly. Nie mialo to jednak wplywu na nasza sytuacje bo i tak wrocilismy w Sylwestra. Dodajemy niniejszym angielskie miasteczko Harlow do zwiedzonych miescin  i pozdrawiamy juz z Wroclawia 😉

Szczesliwego Nowego Roku 2017!!!

Bye, bye Australia!

To juz nasze ostatnie chwile na australijskim kontynencie. Po przejechaniu kilku najbliższych parków krajobrazowych (Marton, Jerrawangala, Merro), dolinek i zatoczek wybrzeża południowej Nowej Walii jestesmy juz Wollongong, gdzie odpoczywamy w luksusowych warunkach przed podroza powrotna.

Zajrzeliśmy jeszcze po drodze do miasteczka Berry bo polecił nam je tutejszy ranger. Dobrze ze jechaliśmy z południa bo byśmy utkwili w 10km-owym korku. Miasteczko owszem, ładne. Klimat dzikiego zachodu bo czesc kamieniczek pochodzi z końcówki XIX wieku. Ale my i tak zapamiętamy go jako miejsce gdzie jedliśmy najlepsze pancake’i w Australii.

I tak kończą sie nasze wakacje. Jeszcze tylko hop przez ocean indyjski i w piątek wieczorem będziemy juz w domu!  Aby poznac wlasciwą Australie trzeba by przyjechac tutaj zdecydowania na dluzej i pojechac na polnoc  lub w głąb lądu na tzw. outback. W kilka dni mozna sie pokrecic jedynie po wybrzezu ale to wschodnie jest bardzo cywilizowane i przypomina południową Europę.

Ps. Czy osoba bojaca sie pajakow moze spokojnie jechac do Australii? Na wschodnie wybrzeze zdecydowanie tak. W dodatku jezeli ma się wade -1.0 i nie nosi okularow to mozna przejsc obok i  nie zauwazyc duzej jaszczurki stojacej metr obok a co dopiero pająka. Raz tylko jeden pajak zadomowił sie w bocznych drzwiach naszego samochodu ale wygladal dosyc swojsko, jak takie co widuje na tarasie we Wroclawiu;)

ps. Teraz juz naprawde skończyło sie miejsce na serwerze gdzie mamy bloga wiec jakies pare zdjec dogramy juz z domu 😉

DO ZOBACZENIA WE WROCŁAWIU!

W poszukiwaniu kangura…

No i dopadł nas sezon urlopowy w Australii. Na drogach korki, campingi przepełnione a wodospady w górach wyschniete. I tym sposobem spaliśmy ostatnio u jakiegos ranchera w Bawley Point, ktory co prawda wynajmuje tylko domki, ale przygarnął nas na swoj teren za oplatą. To nam pomogło podjac decyzję aby uciekac z wybrzeza i jechac sobie głębiej lądem. Tak wiec zjedlismy typowe sniadanie (tak sie składa ze w restauracji bywamy głownie przed poludniem) i ruszylismy w droge z nadzieja zobaczenia kangura.

Zgodnie z oczekiwaniem zobaczylismy kilka sztuk! Niestety lezaly przy drodze potracone przez samochody. Natomiast sam krajobraz zmienil sie diametralnie na ten znany z filmów, a drogi asfaltowe niezauwazalnie przechodziły w szutrowe.

I mielismy szczescie tego dnia. Zalapalismy sie na ostatnie miejsce na polu campingowym. Mamy namiot kolo jakiegos bajorka na ktorym przechadza sie para pelikanów. No i mnóstwo papug i innego ptactwa, ktore strasznie chalasuja. Ale najglosniejsze sa papugi…

A kangury tego dnia zobaczylismy żywe jak pasły sie obok naszego campingu !?

A tak wyglądają na talerzu. Mieso jest krwisto czerwone, bez grama tłuszczu. Smakuje troche podobnie do wołowiny ale zdecydowanie duzo delikatniejsze mieso. Nam smakowało bardzo pomimo ze było przyrzadzone w warunkach domowych.

 

Ps. Nadal nie mamy odwagi spróbowac vegemite. Chyba przyjedzie z nami do Wroclawia 😉

Blue Mountain

Blue Mountain czyli błękitne góry to masyw górski niedaleko Sydney. Z daleka przypominaja wielki kanion w Stanach. Z bliska przypominają takie nasze góry stołowe z błędnymi skałkami. Z oddali jak sie na nie patrzy sa pokryte taką niebieskawą poświatą i stad ich nazwa. Poniewaz mozna dojechac bardzo blisko samochodem lub autobusem (do miejscowośćci Katoomba), a w dodatku byla tam jeszcze kolejka górska, bylo bardzo duzo turystów. Standardowo dużo azjatów … ale i o dziwo arabów.

Tu niedaleko odbyliśmy pierwszy camping w dziczy. Na razie nic nas nie pogryzło… choć było dużo mrówek 😉 Spotkalismy na nim rowniez parę polaków. A pani celnik (ktora jak sie później okazało jako mala dziewczynka wyemigrowala z Polski do Australii) mówiła ze bardzo malo turystow z Polski widuje. Najpierw nas odprawiła po angielsku a juz jak odchodzilismy zapytala zaczepnie „Co… z Polski na zimę uciekliście?”

I kącik kuchenny. Chcemy tutaj w Australii sprobowac steka z kangura. Na wszelki wypadek zrobilismy maly rekonensans w markecie i sa calkiem niezle zaopatrzeni. W NZ sami przyrzadzalismy jagniecine i była pyszna wiec jak nie dotrzemy do restauracji sami upichcimy kangura. Byl tez krokodyl ale tego sie sami chyba nie podejmiemy przyrzadzac…

Ps. Wciaz szukamy kangurów by je zobaczyc w naturze. Jak dotad tylko same znaki sa przy drogach zeby na nie uwazac. No i lezał jeden potracony wombat…