Big Bend National Park

To będzie dłuższa historia wiec proszę usiąsc wygodnie, zrelaksowac sie i cierpliwie dotrwac do konca wpisu. Ten dzien zaczął się inaczej niz zwykle bo po wyjezdzie z Amistad Recreation Area (ktore jest na granicy z Meksykiem) droga poprowadziła nas do kontroli granicznej. Troche to w sumie dziwne bo na drodze amerykanskiej postawiony jest zjazd, w ktorym meksykanscy granicznicy sprawdzaja nam paszport i pytaja co tutaj robimy. Widzac nasze zdziwione miny i balagan w samochodzie uznali odpowiedz ze jedziemy do Big Bend Parku za wystarczajaca. No to jedziemy dalej i mijamy znak ze najblizsza stacja tankowania bedzie za 130 km. Rzut oka na stan naszej benzyny i widzimy ze mozemy przejechac maksymalnie 130 km. No to decyzja ze wracamy do poprzedniej miejscowosci by zatankowac tylko co sobie pomysla o nas meksykanscy straznicy jak za 30 min znowu pokazemy sie na ich stacji granicznej (?!). Na szczescie znalezlismy stacje wczesniej. Co prawda cenowo bylo to czyste zdzierstwo (dodatkowy dolar za galon) ale zalezalo nam również na czasie. Chcielismy dojechac do Big Bend wczesniej zeby zajac sobie miejsce na campingu i zrobic pierwszy rekonesans w postaci krotszego trekkingu. Jak zwiedzalismy parki narodowe w USA 4 lata temu byla zasada ze kto pierwszy przyjedzie ten zajmuje miejsce na campingu w parku o ile jest wolne. Jakież bylo nasze zdziwienie gdy ranger oznajmil ze wszystkie campingi obecnie rezerwuje sie przez internet… i dal przy okazji ulotke, jakie sa campingi poza parkiem. On juz wiedzial to co my odkrylismy 50 mil pozniej jak dojechalismy do miejca gdzie bylo wifi – wszystkie campingi w parku do ktorych mozna dojechac samochodem sa juz zarezerwowane na miesiac wprzod. Zostaly jakieś pojedyncze campingi przy trasach do ktorych trzeba by było najpierw dojechac samochodem terenowym ( nasz jeep mial co prawda naped 4×4 ale niestety zawieszenie za niskie ☹️) a potem jeszcze dojsc do nich z plecakiem.Na dodatek na naszych mapach nie bylo tych campingow (slowo camping troche na wyrost: tu oznaczalo miejsce w ktorym mozna postawic namiot) wiec nie pozostalo nam nic innego jak wyjechac z parku (kolejne 50 mil w plecy bo park jest bardzo duzy) i znalesc nocleg poza jego obrebem. Jako ze duzy różowy wąż uszedl z zyciem zmieniajac pas na przeciwny niz mój to pomyslalam ze moze to nie taki zly pomysl nocowac dzisiaj poza parkiem. Tym bardziej ze znalezlismy poza parkiem camping dosyc szybko… na pustyni 😀

Camping w Terlingua Ghost Town, bardzo ciche miejsce choc nad ranem wyją kojoty 😀
Dobra miejscówka do oglądania gwiazd

O poranku wjechalismy ponownie do parku jeszcze przed wschodem slonca aby zaparkowac spokojnie na malym parkingu przy trasie ”Lost mine trail” . Byly jeszcze wolne 3 miejsca. Natomiast bylo dosc zimno, okolo 10 stopni wiec nie sciagajac kurtek wyruszylismy na trase. Po wejsciu w nasloneczniony kawalek drogi zmienilismy zdanie i zanieslimy kurki z powrotem do samochodu. W koncu mialo byc w ciagu dnia ponad 30 stopni wiec nie bedziemy ich targac cała droge.

Poczatek szlaku Lost Mine Trail

A trasa była bardzo atrakcyjna. Szlo sie waską, wykamieniowaną drogą z widokiem na pobliskie skały i dolinę wyglądająca jak z westernu. Juz przed samym szczytem usiedlismy na skalce i postanowilismy zjesc sniadanie. Po jakiejs chwili podszedl do nas turysta amerykanski i powiedzial ze zrobil nam zdjecie z oddali i jak chcemy to je nam przesle sms-em. Oto otrzymane zdjecie – dla osob z sokolim wzrokiem mozna nas zlokaliozowac na skałce😀

Z kolei po zejsciu wierzchołka zaczepiła nas inna para turystow z Colorado bo chcieli sie dowiedziec w jakim jezyku ze soba rozmawiamy. Okazalo sie ze znają Polske bo pan jest rangerem w Parku Narodowym Gór Skalistych w Colorado, ktore z kolei jest partnerskim parkiem dla Tatrzanskiego Parkiu Narodowym. Podsumowalismy zatem ze zarowno w Polsce jak i Colorado nie jest teraz za ciepło i pomknelismy juz do samochodu mijajac po drodze niebieskie ptaszki oraz pasikoniki, ktory mialy roznokolorowe ubarwienia, lataly na krotki dystans i strasznie klekotały.


Spieszylismy sie lekko, bo mielismy zaplanowany jeszcze jeden trekking w parku BIg Bend. Aby do niego dojechac jedzie sie bardzo malowniczą drogą zwaną Ross MaxwellScenic View Road i dojezdza do kanionu Santa Elena. Ten kanion wyrzezbila nie byle jaka rzeka bo rzeka Rio Grande. To graniczna rzeka z Meksykiem ale rowniez bohaterka wielu Westernow. Trekking zapowiadal sie jako krotka i nie wymagajaca wysilku wycieczka wiec zapakowalam plecak po korek piciem i jedzeniem liczac na jakis piknikowy przystanek na koncu trasy.

Jakież było nasze zdziwienie gdy na poczatku trasy doszlismy do rzeki … a kolejny znak oznaczajacy szlak byl juz po drugiej stronie rzeki. Wiekszosc osob stała w tym miejscu i przygladala sie kilku dziewczynom, ktore idac w wodzie po pas zmierzaly na drugi brzeg. My z Tomkiem nawet sie nie wymienilismy spojrzeniem czy idziemy dalej ( wiadomo bylo ze idziemy😀) ale doszlam do wniosku, ze warto zmienic spodenki na takie szybkoschnace. Tomek po namysle rowniez ubral kapielowki i tak pelni zapalu weszlismy do rzeki. I tutaj niespodzianka – nie dosc ze dosc slisko i mulisto, to zaczynamy wode miec do pachy i z kazdym krokiem jest glebiej. Chyba idziemy zla trasa?! – przeciez te dziewczyny mialy wode tylko do pasa (?!) Szkoda ze nie obejrzelismy tej ich przeprawy do konca. Dzwigajac dwa ciezki plecaki z cennym dobytkiem (aparat, 3 telefony, nasze paszporty i klucze do samochodu) ryzykujemy zbyt duzo jezeli trzeba bedzie koncowke przeplynac. Szybka decyzja ze wracamy, zostawiamy cenne rzeczy w samochodzie i jezeli bedzie trzeba to przeplyniemy koncowke. Na brzegu slyszymy jęk kibiców ”a byliscie juz tak blisko ..” ktorzy nie maja tej swiadomosci, ze za chwile podejmiemy kolejna probe.

Przy drugim podejsciu spotykamy na brzegu juz tylko jedna pare mowiaca po hiszpansku (malo kto sie decyduje przeprawiac przez rzekę). Pani zwierza mi sie ze wlasnie probowali przejsc ale zawrocili. My tym razem idziemy juz jak zawodowcy i dopiero na koncowce dopada mnie zwatpienie. Czy jak jestem juz tak blisko drugiego brzegu nie powinno byc coraz plycej ? Czy jezeli na drugim brzegu jest gleboka skarpa to czy wygramole sie na brzeg ? Tok moich rozmyslan przerywa Tomek zachecajac do plywania. Ja w sumie mogę plynac bo nic nie niosę. Tomek za to niesie najcenniejsza rzecz ktora musimy miec przy sobie czyli kluczyki do samochodu. Nie zdazylam jednak nawet drugi raz machnac rekami w wodzie jak poczulam grunt pod stopami. To oznaczało juz jedno – Tomek nie bedzie musial plynac by sie dostac na drugi brzeg. Jeszcze chwila wdrapywania na skarpe i juz jestesmy na szlaku. Zachecony naszym sukcesem hiszpan tez przeprawil sie (zostawiajac zone na brzegu) ale popelnil kolosalny blad bo nie zabral ze soba butow. My poszlismy dalej a on musial wrocic do zony 😀

Widok canyonu Santa Elena z drogi Ross Maxwell Scenic Drive
Poczatek zapowiadał sie dosyc niewinnie …
To jest zdjecie z pierwszego podejscia- obydwa plecaki dzwiga juz w tym momencie Tomek bo jest troche wyzszy 😀 Z drugiego podejscia mamy nagrany cały film na gopro ktore jest wodoodporne – jak ktos sie kiedys przypomni to pokazemy
Poczatek szlaku do kanionu Santa Elena juz po przeprawie przez rzekę (jak sie okazalo gopro robi fajne selfie, nawet pod slonce)

Szlak w kanionie byl dosyc krotki ale bardzo przyjemny bo prowadzil sciezka z palmami i kaktusami. A gdy juz wracalismy rozluznieni planujac przeprawę powrotną przez rzeke … o malo co nie przydeptalismy weza. Tomek juz mial postawic stope gdy zobaczyl ze cos sie rusza na drodze. Myslelismy ze to wąż wiec juz na koncówce szlaku bardzo ostroznie stawialismy stopy. Teraz sprawdzilismy i wiemy ze to byl zaskroniec, pończosznik, nie grozny. Biedak wystraszyl sie jeszcze bardziej od nas ale Tomek mial refleks i na szczescie go nie przydeptal.

Old maveric road – poczatek trasy byl bardzo przywoity, potem pojawily sie strumienie i kamienie😀

Na powrót z parku wybralismy droge offrodowa Old Maveric Road. Jak sa opady to wowczas na tej drodze trzeba przejechac przez kilka strumieni. My mielismy szczescie bo wszystkie były wyschniete. I tak zakonczyla sie nasza przygoda w parku Big Bend. Bardzo duzy i fajny park a jezeli ma sie jeszcze prawdziwy terenowy samochod to mozna tu przyjechac na caly tydzien i bedzie co robic. Nie spotkalismy grzechotnika, pewnie bywa na tych mniej dostepnych szlakach jak Ernst Tinaya Trail ( na tą trase podobno warto isc ale trzeba miec terenowy samochod zeby do niej dojechac). No i teraz zagadka – dlaczego jest to jeden z rzadziej odwiedzanych parkow ? Nie mamy pojecia. Na pewno jest jednym z piekniejszych w USA i w dodatku bardziej dzikich. Moze chodzi o to ze w lecie jest tutaj za cieplo a sezon zaczyna sie od jesieni i trwa do wiosny ? Albo moze chodzi o slaba baze noclegowa w parku ? W internecie podają jako powód to, ze jest on za daleko od jakiegokolwiek lotniska i dlatego jest tutaj malo turystow. No nic, ich strata. Warto tutaj przyjechac i to na co najmniej kilka dni bo nawet nie odwiedzilismy trzeciej czesci parku w okolicach Rio Grande Village.

ps. Po fakcie sprawdziłam w gazetce parkowej czy nie wspominaja o tym, ze aby dojsc do kanionu Santa Elena trzeba sie przeprawic przez rzeke. Owszem pisza ze trasa przechodzi przez Terlingua Creek ale ze z reguly jest wyschniety 😀

ps2. Obok nas na campingu mieszka tramp, ktory sie przemieszcza pod poludniowe Stany pontonem. I jak to zazwyczaj bywa tacy traperzy maja mnostwo nieoczekiwanych sprzetów ze soba. Ten ma np. reczny mlynek do mielenia kawy 😁

ps3. Dzisiejszy wpis „sponsoruje” camping Lost Alascan RV camping. Przypadkowo znaleziony ale luksusowo wyposazony : mocne wifi, pomieszczenie socjalne z mikrofala, lazienki z goraca woda i starsze sympatyczne małzenstwo jako hostowie tego miejsca. Wypas w bardzo dobrej cenie. Jak ktos bedzie szukal noclegu w okolicy to polecamy.

Kolo prysznicy byl znak przejscia dla taratnul. Myslimy ze to zart ale kto to ich tam wie 😀

Guadalupe Mountains National Park i tarantula

Dzisiaj robimy ostatni trekking w Teksasie – idziemy szlakiem McKittrick Canyon Trail w parku Guadalupe Montains. To najwyzsze gory w Teksasie. Znajduje sie tam 8 z 10 najwyzszych szczytow w Teksasie wlacznie z tym najwyzszym. My jestesmy tu juz za pozno zeby isc na szlak gorski wiec idziemy ponownie szlakiem do kanionu.

Gora El Capitan w Guadalupe Montain

Osobliwoscia tego szlaku jest to, ze mozna zobaczyc na nim kamienna rafe i skamienialosci pozostale po morzu, ktore kiedys bylo w tym miejscu np. kamienne muszelki. Szlak zaczyna sie przekroczeniem strumienia. Tym razem wyschniety. I dobrze bo bedziemy go przekraczac jeszcze z 10 razy. I tutaj spotyka nas najwieksza atrakcja tego dnia, widzimy przechodzaca tarantule po kamieniach. Wyglada na niespłoszoną naszymi próbami obfotografowania jej idac smialo do przodu i dopiero gdy napotyka skałki (ktore Tomek jej ustawil aby wyszla z cienia) to zatrzymuje się i chyba przestaje jej sie ta sytuacja podobać. Zostawiamy wiec ją w spokoju liczac ze jeszcze jakies tarantule po drodze spotkamy ale tylko ta widzielismy. Mysle ze bylo ich wiecej tylko nie potrafimy ich dostrzegac. Tak czy owak to duze przezycie spotkanie tarantuli na swojej drodze w dziczy 😀 Spotkany turysta mowił ze widzial na skałce grzechotnika… my grzechotnika nie zauwazylismy ☹️

Pozniej szlak zaczal biec w lesie i wowczas poczulismy sie jak w domu. Potem znowu krajobraz bardziej egzotyczny, palmy i kaktusy. My doszlismy tym szlakiem do grot skalnych, potem szlak zaczyna sie ostro piąc w gore i generalnie szli tam glownie ci, co mieli na koncu szlaku kamping.

ps. Dzisiaj na grilu samochodowym obok motyli pojawily sie zwloki pasikonika. A bestie sa tutaj dosyc znacznych rozmiarow. I skubance potrafią latać. Skonczyl jako pokarm dla ptakow, ktore na stacji benzynowej wyjadały sobie co lepsze kąski z naszego samochodu.

Teksańska maskra grilem samochodowym czesc II

Ps2. Dzisiaj spimy na pustyni ale juz Nowym Meksyku. Za sasiadow mielismy tylko stadko koyotow ( co ciekawe wyly i szczekaly tylko raz w nocy i tylko raz nad ranem – moze mama z polowania wowczas wrocila ? ) oraz duze amerykanskie mrowki. To sasiedztwo nam bardzo odpowiada i chyba sie przekonalam do mrowek. Jak czlowiek sobie nie zyczy by po nim chodzily to mozna wystawic na żer jakies opakowanie po jedzeniu by mialy swoje zajecie …albo cos innego co je zajmie. Wczoraj w nocy byly zafascynowane nasza lampka namiotowa i na jej rzecz porzucily nawet wieczko od deseru Jelly starajac sie wejsc do lampki. Chyba wszystkie owady ciągną instynktowanie do swiatla po zmroku…

Camping na pustyni w Nowym Meksyku niedaleko Carlsbad

Carlsbad Cave National Park

Park Carlsbad Cave slynie z jaskin. Jest tu ich ponad 80 a sa też takie, ktorych dlugosc przekracza 240 km a głebokosc do 500 m. Jaskinie znajduja sie w tym samym masywie gorskim co Guadalupe Montain czyli na obszarze na ktorym bylo kiedyś płytkie morze tropikalne na ktorym wytworzyła sie rafa koralowa. Rafa ta skladała sie w wiekszosci z gąbek, muszli i glonów wiec finalnie byla cala z wapienia. Podczas wypietrzania Gór Skalistych caly ten wapienny obszar zostal wystawiony na erozję wody, a obecne tutaj zloza ropy z wydobywajacym sie siarkowodorem tylko przyspieszyly efekt erozji. Finalnie mamy jedne z piekniejszych jaskin w Stanach Zjednoczonych, w ktorych mozna obserwowac wszystkie formy naciekowe takie jak stalaktyky, stalagmity, kolumny, firany, pop corn czy tez perly jaskiniowe. I tego sie po jaskiniach spodziewalismy.

Nie spodziewalismy sie natomiast tego, ze bedziemy mieli do czynienia z prawdziwym szlakiem trekkingowym w jaskini, ktory liczy sobie 4km, a jak ktos zrezygnuje z powrotu windą to nawet 6km. Do jaskini mozna wejsc dużą, naturalną dziura ktora wytworzyla sie po zawaleniu sie stropu. Przez ta dziure codziennie wieczorem wylatuje okolo 250 tysiecy nietoperzy i ten spektakularny spektakl trwa od 20 min do 2 godzin (na ta okolicznosc wybudowany jest teatr by na siedzaco podziwiac to zjawisko). Ten czas zalezy od aktualnej ilosc nietoperzy, ktore w pazdzierniku odlatuja do Meksyku by tam przezimować. W wiekszosci sa to nietoperze z gatunku Brazilian Free-tailed ale poza jest tam jeszcze 6 innych gatunków. Nietoperze wracają nad ranem juz pojedynczo lub malymi grupami. To ze tutaj mieszkaja mozemy odczuc po zapachu guano, ktore jest bardzo mocno odczuwalne od wejscia az do jaskini nietoperzy, ktora znajduje sie zaraz po wejsciu do jaskini.

Nastepnie poruszamy sie glownym korytarzem, ktory zakosami sprowadza nas na nizsze partie jaskini. I w tym momencie mowimy Wow. Cala jaskinia jest utrzymana w półmroku z punktowo podswietlonymi elementami na scianach. I jest naprawde wielka a wiemy ze ta najwieksza zwana Big Room bedzie dopiero za 2 km. Ogrom tej jaskini powoduje, ze momentami idziemy sciezką wlasciwie sami. To co jest rowniez niezwykle to fakt, ze mozna tutaj robic zdjecia rowniez z flashem czy tez na statywie. Jezeli jest sie tutaj pierwszy raz to przejscie tylko tego podstawowego szlaku (Natural Entrace trail) ze statywem zabraloby spokojnie jeden dzien. My po poczatkowych zachwytach i dziesiatkach zdjec przyspieszamy bo wiemy ze ta najatrakcyjniejsza czesc jaskini jeszcze przed nami.

Jak przystalo na porzadny szlak trekkingowy mamy tutaj drogowskazy, skrzyzowania … ale rowniez i Visitor center, sklep z przekaskami i toalety. I to wszystko znajduje sie ponad 240 m pod ziemią. Dla osob, ktorzy z jakis powodow nie moga lub nie chca przejsc calego szlaku moga go ograniczyc do najwiekszej jaskini zwanej Big Room i dostac sie tam za pomoca windy. Ta czesc szlaku jest na tym samym poziomie wiec szlak jest przygotowany i dostepny rowniez dla osob poruszajacych sie na wózkach. Po odkryciu tej jaskini jednym z pomyslow bylo zrobienie tunelu i zwiedzanie jaskini samochodem (?!). Na szczescie pomysl nie zostal nigdy zrealizowany. Jego wykonanie prawdopodobnie zniszczyloby tą jaskinie bezpowrotnie. Wykonanie samej windy spowodowało wysuszenie jaskini i musiano wykonac dodatkowe otwory,aby przywrocic mikroklimat w jaskini. Do dzisiaj scieka w jaskini woda i nadal sie tworzą i rozrastają naciekowe formacje skalne.

Do roku 1956 visitor center bylo dostepne jedynie na powierzchni jaskini. Takie kolejki sie ustawialy po kupno kanapki lub pieczonego kurczaka…

No ale przechodzac juz do glownej atrakcji tak wyglada najwieksza jaskinia zwana Big Room o dlugosci 540m. To tutaj znajduja sie najwieksze formacje skalne w czesci zwanej hala gigantów. Trudno opisac wrazenia bo imponujacy jest zarowno jej rozmiar, jak i ilosc zdobien czy tez formacji naciekowych przypominajacych twarz, zwierzeta czy tez budynki. Jedno moge napisac z ręka na sercu – to jeden z najbardziej imponujacych szlakow trekkingowych jezeli chodzi o parki narodowe w USA. Jeden z blogerow napisal ze wg niego najpiekniejszym szlakiem w USA jest szlak Narrow w parku Zion (wiedzielismy o nim gdy tam bylismy ale pominelismy go na rzecz Angels Landing i nie załujemy). Ja uwazam ze najpiekniejszym szlakiem jest nadal szlak Angels Landing w Zion ale szlak w jaskiniach Carlsbad jest najbardziej unikalnym szlakiem trekkingowym ever.

Na szlaku sa rowniez zachowane stare drewnanie podesty ktore kiedys byly wykorzystywane do zwiedzania jaskini. Sa rowniez pozostalosci starej drabinki oraz lina wykorzystywana przez speleologów. Spotkalismy rowniez kilku obecnie pracujacych tutaj…

W parku Carlsbad sa rowniez szlaki naziemne. Moze nie tak popularne jak te jaskiniowe ale dosyc glosno bylo o tutejszym szlaku Rattlesnake, na ktorym dwoch turystow wybralo sie na 2 dniowy trekking bez odpowiedniej ilosci wody (a przypomne ze jestesmy nadal na pustyni). W dodatku zgubili szlak i po kilku dniach błąkania, odwodnienia i glodu ( podobno zjedli jeszcze jakies trujace jagody) nie majac nadzieji ze ktos ich uratuje jeden z nich poprosil tego drugiego o skrocenie jego meczarni. I ten przyjaciel to zrobił. Sam zostal odnaleziony przez rangera parkowego kilka godzin pozniej. Oczywiscie byla sprawa sądowa, w ktorej zostal uniewinniony. My na ten szlak nie mielismy szansy isc bo droga do niego prowadząca (Walnut Canyon Desert Drive) byla zamknieta.

Krajobraz w okolicy Carlsbad Cave

Ps. Zapomnialam napisac ze przejezdzalismy przez Roswell. Podobno w 1947 roku rozbiło się tutaj UFO. Ufoludkow, jak i innych ciekawych rzeczy, tam niestety nie było 🤷‍♀️

Wakacje od wakacji w wiosce Ruidoso

Dzisiaj robimy sobie wolne od wakacji 😀 Zmotywowało nas do tego nagłe ochłodzenie a ze bylismy akurat w gorskiej wiosce Ruidoso połozonej na wysokosci 2000m to temperatura tutaj spadła poniżej zera oraz zaczął padać śnieg. W dodatku Tomek sie przeziebił wiec postanowiliśmy ”przezimować” w przytulnym moteliku w stylu alpejskiego pensjonaciku. Ja przechorowałam swoje przeziębienie w pierwszym tygodniu wakacji wiec powinam miec swoj system odpornosciowy nadal jeszcze w gotowosci.

Od Teksasu planowalismy zjesc steki ale naprawde nie bylo kiedy. Odwiedzamy zatem knajpke K-BOB’s (chyba jakas sieciowka) i zamawiamy Upper Angus Choice New York Strip dla Kasi ( w jakiejs klasycznej wersji tej knajpki) oraz Upper Angus Choice Prime Rib dla Tomka. Ten Tomka byl wiekszy oraz delikatniejszy w strukturze i smaku. Krazek cebulowych niestety już nie zmieścił 😀

No i jak spedzamy nasze wakacje od wakacji ? – glownie jemy i wylegujemy sie na wygodnym lóżku. Po dniach spania na karimacie to obecnie duzy luksus 😁

Przyjechalismy po baterie i jakies leki a jak zwykle wyjechalismy z pelnym wozkiem. Ta ilosc reklamowek to niestety standard. Poczatkowo zabieralismy produkty i zostawialismy reklamowke ale nie chcielismy tu nikogo tym urazic wiec teraz grzecznie zabieramy zakupy tak jak je nam zapakowala pani kasjerka a reklamowki wykorzystujemy do zbierania smieci. Co ciekawe 4 lata temu byly w Walmarcie torby wielorazowego uzytku (korzystamy w nich w Polsce do dzis) a w tym roku ich nie ma (?!).

ps. Jako ze mam wakacje rowniez od bloga to tyle na dzis. Idę wypoczywać 😁

White Sands National Park

To juz ostatni park narodowy który zwiedzimy w Nowym Meksyku. Teren parku został udostepniony przez wojsko, ktore na pozostalym terenie bialych piaskow ma bazę i poligon wojskowy. To tutaj ćwiczą jednostki, ktore byly wysylane do Afganistanu bo po pierwsze piaszczysta pustynia, a po drugie uksztaltowanie gór ktore wymaga duzego doswiadczenia aby nad nimi latac a przede wszystkim lądować. Nawet jak tutaj jedziemy przelatują nad nami dwa nisko lecące myśliwce. No i moze sie rowniez zdarzyc, ze wojsko zamyka park oraz droge ktora tutaj biegnie jak maja jakies zaplanowane manewry.

Na horyzoncie juz widac pas białego piasku

Wracając do Parku White Sands to obszar gdzie natura wytworzyła pustynie z piaskiem gipsowym. No i geneza podobna jak w ostatnich parkach. Kiedys tu bylo morze i rafa koralowa i z tego wapna powstal gips, a erozja go rozkruszyla do drobinek piasku. Tak wiec mamy idealnie bialy piasek, ktory jednak nie zachowuje sie jak zwykly piasek kwarcowy. Na przyklad nie kurzy sie i potrafi sie utwardzic dzieki czemu droga w parku moze byc nieutwardzona i jezdzi sie po prostu po piasku (ktory jest na drodze dosc twardy / moze go czyms polewaja ?)
Od dwoch dni przyszla zima. Wyjezdzając z Ruidoso było 0 stopni i liczylismy na to ze sie rozgrzejmy na pustyni. Nic z tego. Pustynia jest na wysokosci 1200 m i temperatura tutaj wzrosła do zaledwie 10 stopni. I gdyby nie wialo zimnym powietrzem to bylaby to idealna pogoda na chodzenie po pustyni. Wybieramy zatem najdluzszy 8 kilometrowy szlak Alkali Flat Trail. To na tym szlaku kilka lat temu zmarlo z odwodnienia kilka osob ale oszczedze wam juz tych historii. Nam w tak niskich temperaturach tutaj raczej nic nie grozi.

Na szlaku jest ostrzezenie ze trzeba wziać minimum 2 litry wody na osobe… Smiertelne wypadki na tej trasie spowodowal brak wystarczajacej wody i w konsekwencji odwodnienie organizmu

Dojezdzamy do konca parku gdzie zaczyna sie nasz szlak na pustyni. Mamy wrazenie ze wjechalismy do jakies alpejskiej wioski gdzie wszystko jest zasypane… sniegiem. Nawet po drodze mijamy spychacz ktory odgarnia piasek na pobocze. Ubieramy sie troche cieplej niz zazwyczaj i zabieramy dosyc spora ilosc wody. Po piasku gipsowym mozna chodzic boso bo ten piasek sie w sloncu nie nagrzewa ale jako ze jest dosyc zimno to blizej nam do butow trekkingowych niz bosych stop na szlaku.

A na samym szlaku oprócz wydm i kepek roslinnosci w miejscach gdzie splywa woda z wydm nie ma doslownie nic. Zadnych roslin, zwierzat, ptakow czy robakow. Doslownie nic, tylko cisza. Nawet piasek nie szelesci. Jezeli sa tu skorpiony i węże to pewnie zakopaly sie gdzieś gleboko, gdzie jest cieplej ale mam watpliwosc czy to jest teren, ktory by wybraly do zamieszkania. Na szlaku dozwolone jest chodzenie poza szlakiem (raczej sie tutaj niczego nie zadepcze) ale rekomenduja by trzymac sie szlaku i pachołkow, ktore go wyznaczaja. Jednym z powodow jest bliskosc poligonu, gdzie mozna natknac sie na jakis niewypal. Drugim ryzyko zabladzenia, ktore w temperaturach powyzej 30 stopni moze byc brzemienne w skutkach.

Dobra wiadomosc natomiast jest taka, ze w tym gipsowym piasku czlowiek sie tak bardzo nie zapada. Konczymy szlak po 3 godzinach (jednak trzeba bylo sie wspinac po wydmach a pozniej z nich schodzic) i nawet nie jestesmy mocno zmeczeni. 

Duza grupa osob przyjezdza tutaj tylko by sie pobawić na piasku. Dzisiaj jest zimno wiec malo osob probuje zjedzac na jabłuszkach. Taki normalny piasek jest chyba szybszy i lądowanie w nim jest chyba bardziej przyjemne (wnioskuje po odglosach ktore wydala sie z siebie dziewczyna wlasnie zjezdzajaca z wydmy😀).

Spokojnie moglabym napisac ze zdjecie zrobione na stoku narciarskim 😀

Dzisiaj spimy na tzw. primitive camping w Indian Bread Rocks (kolo miejscowosci Bowie). Primitive oznacza ze zazwyczaj mozna tam rozbic namiot i moze byc toaleta. Z plusow czesto sa bezplatne i polozone w ladnych krajobrazowo miejscach. Zeby tam dojechac przejezdzamy obok plantacji pistacji i prawdopodobnie orzeszkow pecan.