Archiwum kategorii: Oceania

Bondi beach – Coogee beach (coast walk)

Sydney jest znane z tego, ze ma bardzo ładne plaże. Nie sa duze, otoczone skałkami jakiejś zatoczki i z piaskiem jak nad bałtykiem. Wystarczy oddalic sie pare kilometrow od Jackson Port (glowny port turystyczny w centrum) i mozna poczuć klimat nadmorskiego kurortu. My poplynelismy najpierw do zatoki Watsona by spojrzec na opere i centrum Sydney z innej strony. Tam na plazy piasek nie był biały ale zółty.

Później pojechalismy na najbardziej kultową plaze w Sydney – Bondi Beach. Jak wiekszosc plaz, ktore pozniej mijalismy, jest w duzej mierze okupowana przez serferów. Nie było wysokich fal ale poniewaz wiekszosc serferów w wodzie wygladala na poczatkujacych moze to i lepiej 😉

Od plaży Bondi można przejść wybrzeżem około 10 km mijajac po drodze kilka mniejszych plaż. To co jednak zaskoczyło nas najbardziej na tej drodze to… przejscie przez cmentarz. Zreszta bardzo ładny.

Kilka miesięcy wcześniej była ulewa która podmyła kawałek wybrzeża na ktorym znajdował sie ten szlak i obejscie zorganizowano przez cmentarz Waverley.

I pierwsza spotkana na dziko jaszczurka… 

Sydney city

Sydney. Zdecydowanie duża metropolia ale bardzo przyjemna do życia. Tradycyjnie nie udalo nam sie ogarnac komunikacji publicznej zaraz po przylocie  i zaliczylismy kurs na gapę z lotniska do centrum Sydney. Wlasciwie to kierowca autobusu cos mruknal ze nie ma drobnych (ciekawe skad wiedzial ze sciskalam w reku 50 AUD) i machnal glowa zeby wsiadac. Teraz juz kursujemy po miescie z kartami Opal, którymi się płaci sie za przejazd autobusem, pociagiem, metrem … i promami wodnymi (podobny system do tramwai wodnych w Wenecji).

 

Pierwszą rzeczą do zobaczenia w Sydney jest oczywiscie budynek Opery. Faktycznie jest piękna. Taka prosta bryła a mozna na nią patrzec godzinami. No ale na poczatku jest duze zdziwienie… jak to, nie jest biała? Na zdjeciach zawsze wyglądała na białą!
W rzeczywistosci jest beżowa. Wykafelkowana małymi kafelkami, w kolorach białym i beżowym.
Obok opery znajduje sie dzielnica Rocks w ktorej osiedlili sie pierwsi mieszkancy miesta. Sa tam wiec najstarsze  budynki w miescie.

Niedaleko Opery jest słynny most Harbour Bridge. Przykład na to jak można skomercjalizować budynek użyteczności publicznej. Oprócz zwykłego przejazdu lub pieszego przejścia przez most można po nim przejść pod spodem (to cześć używana do jego konserwacji i głównie chodzą nią wycieczki szkolne) lub po przęsłach mostu (to juz dla tych co nie cierpią na lek wysokości). W obydwóch przypadkach ubierają w kombinezony i uprząż i tak związani przesuwają sie grupkami po moście. Trochę wyglądali jak skazańcy 😉

Kolejny obowiązkowy punkt programu to budynek Queen Victoria Building obecnie wykorzystywany jako galeria handlowa. Była tam wielka choinka przechodzaca przez wszystkie  5 pieter 😉

I najprzyjemniejsza rzecz tego dnia czyli zwiedzanie Wild Life i Oceanarium.

Kolczatka
To jest dugong – taka krowa morska, krewny manata i dalszy krewny slonia (po nim ma kły)
Pamietacie Steve’a Irvinga ?
To podobno jakas znana australijska sportsmenka 😉

London calling

I znowu jesteśmy w podroży! Naszym celem jest Nowa Zelandia, ale startujemy w tym samym miejscu co ostatnio czyli w mieście Londyn. Tym razem było nam dane zobaczyć nie tylko lotnisko (choc Heathrow nadal robi na nas wrażenie) ale również pospacerować po mieście.

img_4792

Jako punkt honoru postanowiliśmy odnaleźć w pierwszej kolejności to, z czego znany jest Londyn wsród naszych znajomych … czyli słynne fish&chips ( w tłumaczeniu prawie dosłownym smażona ryba w cieście piwnym z frytami zawinięta w gustowna gazete). I jak się później okazało zadanie to wcale nie było łatwe …

Nie było tego specjału w okolicach katedry Westminster, ani dzwonu Big Ben i parlamentu, ani London Big Eye ( to ta wielka karuzela), ani tym bardziej w okolicach pałacu Buckingham … wiec obalamy mit, że ten specjał można kupić na każdym rogu. Znaleźliśmy go w końcu na dworcu Victoria, ale słynna gazeta została zastapiona gustowna serwetka 😉 Było ok choć pewnie więcej nie kupię 🙂

img_4796

I na koniec pierwsze wrażenia dotyczace samego miasta. Bez dwóch zdań ma swój klimat. W dużej mierze tworza go budynki, widać  że stare i wiekowe,ale  same centrum jest potwornie mocno zabudowane. Pomiedzy perełkami architektury pojawiaja sie szklane biurowce, place wokół znanych zabytków to ulice z samochodami oraz zdarzaja sie masywne budowle w stylu „brutalistycznym”, ktore przypominaja „sedesowce”  z Wrocławia. Nam troche przypominało Zurych, a że Zurych nam sie podobał to i Londyn zostanie(bo zawsze tam był) na liscie miast do dokładniejszego zobaczenia. Ten budynek poniżej to mój faworyt – w okolicy same nowoczesne budowle, a i tak wzrok każdego skupia sie właśnie na nim.

img_4752

Jak to? Bez nas chcieliście odlecieć?

No i mamy planowany stop over w Dubaju. Nie byłoby to pewnie nic szczególnego, kolejne lotnisko na naszej trasie, gdyby nie fakt że nasz samolot miał duże szanse odlecieć do Sydney .. bez nas na pokładzie!

Ale zacznijmy od początku … Planowany postój samolotu na tankowanie miał potrwać około dwóch godzin. Operacja ta wymagała „wypakowania” wszystkich pasażerów z samolotu (a jest on dość spory bo jest to dwupiętrowy A380) i przejścia przez kontrole osobista by wejść na strefe odlotów. O dziwo nie zabrali nam napojów ale jak się później okazało nie cieszyliśmy się tym faktem zbyt długo bo za godzinę i tak nam je zabrali 😉 Po wejściu na strefę odlotów poszukaliśmy wygodnych foteli … i zaczęliśmy sie relaksować.

img_4813

W międzyczasie kilkukrotnie informowano o bordingu samolotu do Sydney ale ponieważ podawali inny numer lotu i inny gate niz wskazany na tablicach to po wspólnym skomentowaniu że „to nie nasz” nadal sie wylegiwaliśmy na leżaczkach. W tym samym czasie odlatywalo kilka samolotow do Australii i NZ wiec trudno było zwracac uwage na wszystkie zapowiedzi. I jak sie juz mozecie domyslic to był własnie nasz samolot który duzo wcześniej niz zalozylismy zaczal kompletować pasażerów.

Co nas uratowalo ? To ze w trakcie kupna biletow podalam swoj numer telefonu … i oddzwoniłam na scigajacy mnie numer z Arabii Saudyjskiej. Tym sposobem obsluga bordujaca próbowała nas odnalezc. Po wyjasnieniu gdzie sie zapodzialismy podali nowy gate i kazali natychmiast sie stawic (oczywiście jak to w takich sytuacjach bywa nowy gate był praktyczne na drugim końcu lotniska 😉 Dlaczego na nas czekali ? – bo nie jest łatwo odszukac bagaze pasazerow, ktorzy sie nie stawili do odprawy, a samolot nie moze zabrac bagazy bez ich wlascicieli. Takie sa procedury bezpieczenstwa – o dziwo czasami pomagaja.

img_1911

 

I rzecz najciekawsza. Obsluga poszukiwala trojki pasazerow – nas dwoje i kobiety, ktora siedziala tuż obok nas w samolocie. Jakiez bylo nasze zdziwienie gdy spotkalismy sie w trojke na odprawie. Ona tez zasugerowala sie starym gatem i czekala nie tam gdzie trzeba. Zreszta okazala sie bardzo ciekawa osoba… ale o tym może kiedy indziej napiszę.

Teraz wlasnie sobie siedzę w samolocie piszac tego posta (w pamieci telefonu bo sieci jeszcze nie udostepniaja) … i widze ze z 13 godzin lotu na tym odcinku zostalo jeszcze 8,5 h. I tak sobie myślę że wytrzymuje tyle czasu codziennie w pracy to w samolocie nie wytrzymam ? Odpowiedz nasuwa sie sama 😉

Nowa Zelandia… wreszcie!

No i już po 49 godzinach podróży jesteśmy na miejscu! Obejrzeliśmy w tym czasie 3 wschody słońca, zaliczyliśmy 3 międzylądowania i zjedliśmy 5 ciepłych posiłków w samolotach. I zdecydowanie kuchnia w samolotach Qantas wygrywa nasz dotychczasowy ranking linii samolotowych! I to nie jedyna fajna rzecz która w tych samolotach zauwazylismy. Bardzo nam się podobał również widok z kamery umieszczonej na ogonie samolotu, który przy startach i lądowaniach dawał wrażenie jakbyśmy sami pilotowali samolot.

img_4822

A teraz zaczynam odczuwać pierwsze symptomy Jet lag-u wiec wypozyczylismy samochód, dotarlismy do naszej pierwszej miejscówki (na wzgórzu One Tree Hill w Auckland) i idziemy spać 🙂img_1914

 

Dopisek z poranka: słowo idziemy zostało użyte trochę na wyrost. Właściwie scięło nas z nóg i zasneliśmy tak jak stalismy 🙂