Juz jestesmy z powrotem w Limie. Jeszcze rozwazalismy trekking w gorach Cordyliera Blanca ale to troche daleko od Limy i moglibysmy nie zdazyc wrócić na samolot 😀 Mamy zatem czas aby zobaczyc inna polecana dzielnice w Limie – Barranco.
Barranco to obszar nad wybrzezem graniczący z Miraflores. I jest to niechybnie najprzyjemniejsza z dzielnic w Limie. W XIXw. budowali tutaj wille zamozni mieszkancy Limy. Do dzisiaj mozna ogladac tutaj wystawne wille z tamtego okresu choc czesc z nich nie jest zamieszkala i niestety niszczeje.
Dzisiaj dzielnica Barranco jest znana jako dzielnica artystow. Ten klimat czuc glownie niedaleko glownego placu wsrod roznokolorowych, niewysokich budynkow w ktorych sa male restauracje i kawiarnie. Jednym z popularniejszych miejsc tutaj jest mostek westchnien przy kosciele La Ermita. Po trzesieniu ziemi kosciolowi zawalil sie dach i w takim tez stanie stoi do dzisiaj. Kolo kosciola biegnie tez jedna z najladniejszych uliczek tutaj prowadzaca do punktu widokowego na wybrzezu.
Kosciol La ErmitaBardzo duzo tutaj murali… i nadal powstaja nowe
W Barranco mozna rowniez plazowac bo na plazy jest piasek. Chwile dalej wybrzeze robi sie bardziej kamieniste i tutaj nikt juz sie nie kapie. Mijamy restauracje Rustika i idac dalej w kierunku Miraflores jakbysmy sie znalezli w innym swiecie. Baraki i rudery ktore wygladaja jakby dwadziescia, moze trzydziesci lat temu byly restauracjami lub lokalami np. do tanczenia. Dzisiaj te rudery straszą na wybrzezu co moze oznaczac ze nikt specjalnie tędy nie chodzi.
Niedlugo pozniej rozwiazujemy tą zagadkę dlaczego tedy nikt nie spaceruje. Zeby wrocic do Miraflores z Barranco przy plazy nalezy przejsc w polowie trasy mostkiem nad autostradą a pozniej isc jeszcze przez dluzsza chwile przy tej autostradzie na wydzielonym dla pieszych pasie. Slabo to ktos wymyslil wiec i chetnych nie ma za duzo na tej trasie 😀
ps1. W peruwianskich Andach wystepuja niedzwiedzie ale takie male. Wygladaja podobno jak mis Paddington. Oczywiscie w sensie wielkosci, nie ubranka 🙂
ps2. Znowu nas slonce oszukalo. Niby nie swiecilo a przyszlismy cali ogorzali ze spaceru. I stad ochota na zupe bo chyba bylismy odwodnieni a ze mielismy po drodze knajpke japonska padlo na ramen 😀 I wrocily mile wspomnienia z Japonii przy okazji 🙂
ps3. Nad miastem lataja duze ptaki z rodziny kondorowatych – Sępniki czarne. Maja status tutaj golebi i sa padlinozercami jak sępy 😀 Co prawda nie podchodza do ludzi ale siadaja na pobliskich drzewach i dachach.
Dzisiaj spedzamy ostatni dzien w Peru. Jutro wsiadamy w samolot i wracamy do domu. Lima ma cztery warte zobaczenia dzielnice : Miraflores, Barranco, Dzielnice historyczna i San Isadores. I to w tej ostatniej nas jeszcze nie bylo ale bedzie okazja ja zobaczyc gdzie bedziemy przygotowywac najpopularniejsze danie czyli ceviche oraz najpopularniejszy peruwianski drink pisco sour pod okiem szefa kuchni Jose Antonio.
Ale wczesniej idziemy zwiedzic muzeum Larco. Jedziemy tam autobusem publicznym i po raz kolejny sie przekonuje, ze prowadzenie samochodu tutaj a co dopiero autobusu wymaga oczu dookola glowy i stalowych nerwow. W dodatku wiekszosc czasu stoimy w korkach. Z powrotem zabieramy sie uberem to skrocimy czas o polowe. Muzem miesci sie w pieknym, zabytkowej rezydencjj z XVIII w. Zawiera ponad 45 tys obiektow muzealnych, z ktorych wiekszosc to ceramika, bizuteria, tkaniny z okresu przedkolumbijskiego majace az do 5000 lat.
Te najcenniejsze okazy ceramiczne wystawione sa w szklanych gablotach, na czarnym tle podswietlone klimatycznym swiatlem. Pozostale dziesiatki tysiecy ceramik zostaly skatalogowane i upchniete w duzych szafach. Najwieksze wrazenie robia ozdoby na glowe, w ktorych posmiertnie chowana bogatych indian oraz obiekty ze srebra i złota.
Kipu
W muzeum jest dedykowana sekcja poswiecona erotycznym ceramikom. Wiekszosc z nich to naczynia z ktorych pilo sie wode. Jest to prywatne muzeum w rodzinnej rezydencji Rafaela Larco Hoyla, ktory byl archeologiem i latach 30tych XXw zalozyl to muzeum na bazie wykopanych znalezisk badz skupowanych od innych ludzi artefaktow. W tych czasach nie bylo jeszcze prawa dot. znalezisk archeologicznych i wykopane lub znalezione obiekty nalezaly do jego znalazcy.
W czasach prekolumbijskich robiono juz trepenacje czaszki. I podobno jakas czesc nawet przezywala operacje i zyla dalej.
Na popoludnie mielismy zaplanowane warsztaty kulinarne. Ale poniewaz byla nas tylko dwójka to nasz kucharz zamiast do swojej restauracji zabral nas do swojego domu i swojej kuchni. A mieszkal w pieknym, dwupoziomowym apartamencie, w ktorym z kazdej strony mial duze okna. Bardzo nowoczesnie i przytulnie urzadzony. No trzeba przyznac ze ci lepiej zarabiajacy Peruwianczycy zyja tutaj w bardzo przyzwoitym standardzie. Ale nasz gospodarz Jose Antonio jest nie tylko wlascicielem restauracji ale rowniez wlascicielem winnicy produkujacy slynne Pisco czyli peruwianski alkohol z winogron. Winnice ma oczywiscie w rejonie miasta Pisco bo tylko alkohole z tamtejszych winnic moga uzywac tej nazwy.
Na start degustujemy owoc tumbo. Smakuje jak mniej slodka marakuja. Podobna tez ma konsystencje w srodku. Pozniej probujemy michunki peruwianskiej. Ta juz znamy bo w hotelu w Cusco dostawalismy ja do sniadania. No i zaczynamy gotowac pierwsze danie – tatara z tunczyka. Do swiezego tunczyka dodajemy sosu sojowego, oleju sezamowego, soli, soku z polowki limonki i kawalkow avocado. Na koncu posypujemy bialym sezamem. I po chwili mozna sie tym juz zajadac. Swiezy tunczyk zawsze jest pyszny. To danie pochodzi od rybakow, ktorzy takiego tatara przyrzadzali sobie od razu na lodzi i przygryzali krakerskami. Te krakersy w potrawie zostaly do dzisiaj.
Pozniej testujemy maceraty robione z pisco. To juz wyroby ktore produkuje nasz gospodarz. Sposrod 3 smakow wybieramy dla siebie ten, z ktorego bedziemy przyrzadzac swoje pisco sour. Ja wybieram macerat z michunki peruwianskiej (golden berry) a Tomek z maracuji.
Zeby przygotowac drink pisco sour oprocz oczywiscie pisco potrzebujemy limonek oraz bialka z jajek. To wszystko miesza sie razem na kostkach lodu.,Potem przelewa przez sitko i na koniec dodaje 3 krople ziolowej gorzkiej nalewki (cos ala angostura). I o to mamy najpopularniejsz drink w Peru. Zreszta nie ma sie co dziwic ze jest taki popularny – jest lekko kwaskowy, nie za slodki z lekko wyczuwalnym alkoholem. A gdy uzywamy mecarat zamiast czystego pisco nie trzeba go nawet slodzic bo cukier jest skumulowany w owocach, z ktorych dany macerat pochodzi.
Potem przyszedl czas na danie glowne czyli ceviche. Bedziemy je wykonywac z languado czyli z soli. Jest to jedna z drozszych ryb tutaj i ze wzgledu na delikatne mieso wykorzystana czesto do ceviche. Zasada generalnie jest taka, ze musi to byc biala ryba i oczywiscie swieza.
Do pokrojonej soli najpierw dodajemy dwa kawalki papryczki chili (ahi) i mieszamy. Potem pol lyzeczki soli i mieszamy. Nastepnie dodajemy pokrojona czerwona cebule, ktora wczesniej pognietlimy troche z sola zeby puscila sok. Nastepnie sok z dwoch limonek. I na koncu pokrojona kolendre. I ten zestaw przetrawia sie ze soba jakies 5 minut i danie gotowe!
Do ceviche zawsze dodaja w restauracji smazone ziarna kukurydzy i batata. Tutaj zamiast batata dodajemy chipsy z banana. Te dodatki maja zbalansowac ostrosc i kwaskowosc potrawy. Bardzo nam smakuje to danie, nawet Tomkowi ktory za surowa ryba nie przepada😀
Po lewej pisco (40%) a po prawej macerata z pisco i miechunka peruwianska (22,9%)
Na odchodne zakupujemy jeszcze maceratowe pisco z michunki peruwianskiej i wracamy do naszego hotelu w Miraflores. I to juz jest naprawde koniec naszych wakacji i ostatni wpis na blogu 😢 No moze jeszcze jezeli czas na lotnisku pozwoli skrobne jakis post z podsumowaniem calego tripu po Peru.
Czas na krotkie podsumowanie. To byly intensywne cztery tygodnie. Nic dziwnego ze wiekszosc turystow tutaj to mlodzi ludzi bo trekingi po gorach wymagajace oraz duzo atrakcji z adrenaliną w tle. Rowniez baza noclegowo-hostelowa w duzej mierze przygotowana pod mlodziez z barami i dyskotekami na dachach. Peru wydaje sie dosyc bezpiecznym krajem o ile nie wsciubia sie nosa wieczorami w dzielnice, o ktorych pisza zeby nie wchodzic. Pewnie dlatego podrozuje tu solo bardzo duzo mlodych kobiet. Z uwagi no to, ze podrozuje sie tutaj glownie autobusami a do atrakcji tez trzeba jakos dojechac korzysta sie tutaj ze zorganizowanych wycieczek, na ktorych tez mozna w bardzo naturalny sposob poznac nowych znajomych.
Natomiast na pewno trzeba korzystac z aplikacji Whatsup. Rezerwacji hotelu mozna dokonac przez booking, wycieczki przez GetYourGuide czy tripadvisor ale pozniej i tak wszyscy kontaktuja sie z Toba poprzez Whatsup. W wiekszosci miejsc mozna placic karta ale czesto doliczana jest dodatkowa oplata 5% za ta przyjemnosc. Bankomaty zreszta byly podobnie bezlitosne – od 28 do 35 zl za jednorazowa wyplate. Zdarzalo sie ze wymagana byla jedynie gotowka ale byly to zazwyczaj prywatne pensjonaty, wejscia do parkow i oczywiscie toalety 🙂
Jezyk. Oczywiscie przydalby sie hiszpanski bo angielskim poslugiwano sie jedynie w hotelach. Ale Peruwianczycy sa na tyle sympatyczni ze zawsze udalo sie porozumiec pojedynczymi slowkami lub tez pokazujac rekami czego sie potrzebuje. Zupelnie nie przydal sie kurs Duolingo, ktory przez 2,5 miesiaca codziennie wykonywalam. Bardziej przydatne bylyby liczebniki od 1 do 100 i doslownie kilka podstawowych zwrotow.
Bezdomne psy. Jest ich tutaj bardzo duzo. Wszystkie przyjaznie nastawione do ludzi wsrod ktorych zyja na co dzien. Mialy tez swobodny wstep do knajp gdzie znaczaco pukały nas nosem po udach chcac wymusic zrzucenie jakiegos jedzenia.
Ceny. Ceny jedzenia w wiekszosci bardzo porownywnalne z Polska choc mozna bylo tutaj dobrze zjesc juz za 10zl dobrego burgera lub kilka empanadasow. Ale danie w restauracji to raczej wydatek 40-70zl. Latwo sie przeliczalo sole na zlotowki bo kurs „prawie” jest 1:1. Duzo tansze niz w Polsce byly z kolei hotele, ktore w cenie zawieraly bardzo porzadne sniadanie. Jezeli chodzi o rekodzielo i pamiatki to jak wszedzie duzy zalew produktow z Chin. Na pewno oryginalne są tutaj wyroby z welny alpaki wiec czapki i swetry to niechybnie najlepsza pamiatka. Ja kupilam tutaj sweter ale ze sklepu Banana Republik wiec chyba się nie liczy 😂
Jedzenie. To zdecydowanie mocny atut Peru. Nie przez przypadek znajduje sie tutaj najlepsza restauracja na swiecie – Maido w Limie. Serwuje dania ktora sa skrzyzowaniem tradycyjnej kuchni peruwianskiej z kuchnia japonska zwane Nikkei. Nam tutaj naprawde wszystko smakowalo. Najwiekszy wypas dostawalismy na Inca Trail ale moje serce i tak skradlo w Peru ceviche. Bardzo duza uwage zwracaja tutaj na organiczne pochodzenie zywnosci i moze to tylko moje wrazenie, ale zdecydowanie wyprzedzaja pod tym katem Europe, Ameryke Polnocna i Azje razem wzięte 😆
Owoce. Nigdzie na swiecie nie jedlismy tak pysznych i dojrzalych owocow jak tutaj. Wystarczy wejsc na targ, market czy zwykly sklepik i kupic sobie dojrzala marakuje, mango, banany czy papaje i nie zaplacic za to fortuny. Jeden owoc marakuji kosztowal 1zł i jak sie okazalo mozna go spokojnie zabierac do plecaczka i jesc bez uzycia noza 🤤 Praktycznie na kazde sniadanie dostawalismy swiezo wyciskany sok z pomaranczy czy ananasa oraz owoce. All inclusive w Europie moze sie schowac.
I to by bylo na tyle. Amazonie odpuscilismy bo nie mielismy szczepien. Podobno bardzo atrakcyjną destynacją jest Ekwador wiec mamy nadzieje jeszcze powrocic na kontynent Ameryki Południowej.
Ps. Przy przesiadce w Madrycie nie zdazyli przepakowac naszych bagazy. Mamy nadzieje ze w ciagu 3 dni wysla je juz do domu w Tyncu. Wyladowalismy zatem w Londynie tylko z podrecznym bagazem w ktorym mielismy tylko to co musi byc w podrecznym czyli elektronike i to co sie juz nie zmiescilo do glownego plecaka. Ja wracalam w pelnych butach, z dwoma swetrami i dwoma kurtkami w plecaczku. Tomek ktory ma zawsze wiecej miejsca w swoim plecaku wszystkie cieple rzeczy mial w bagazu. Na sobie mial sandaly i jedynie cienka koszule 😧 O dziwo Tomek wszedl w mój zielony sweterek 😂 Musze dodac ze w Londynie musimy jeszcze zmienic lotnisko, dolecieć do Poznania i dopiero stamtad pociagiem do Wroclawia bo we Wroclawiu lotnisko zamkniete. A temperatura tutaj to okolo 1 stopnia 😬, a w Poznaniu i Wroclawiu bedzie juz na minusie 🥶
ps2. Dziwna sprawa. Moj paszport ladnie skanuje sie na londynskim lotnisku a Tomka nie. Musi udawac sie do celnika ktory potwierdza ze to on jest na zdjeciu. Mamy podejrzenie ze to fryzura sie nie zgadza automatowi bo w paszporcie ma krociutkie wlosy.
A takie super skanery bagazu podrecznego w ksztalcie silnikow samolotowych maja na lotnisku w Limie
ps3. To juz taka notka do mojego pamietniczka. Z Peru wracalismy Airbusem A350 hiszpanskiej linii Iberia i chociaz jedzenie bylo lepsze niz w drodze do Limy (bo zabrane z Limy 😄) to siedzenia byly mniej wygodne niz w Boeingu 787 ktorym lecielismy w pierwsza strone 🙂 No i Iberia nie zdazyla z naszymi bagazami co nam sie dopiero pierwszy raz przydarzylo w dalekiej podrozy a latamy juz co nie co 😁
Od czasu do czasu pojawia się post, który nie pochodzi z wakacji ale z krótszego wyjazdu. Celem takiego wpisów nie jest jest udowodnienie że jeszcze żyję ale zapisanie wspomnień, gdyż blog zaczyna pełnić funkcję mojej pamięci długoterminowej. No i takim wyjeździe musiało było na tyle fajnie, że będę chciała do tych wspomnień wracać jak najczęściej. A ten wyjazd się do takich na pewno zalicza 😁
No ale wracając do Brenna. To była długoletnia ( 7?,9? 👀.. nie wiem dokładnie) tradycja wyjazdu moich koleżanek pod namiot z dziećmi do miejscowości Brenno. Jechała stała ekipa powiedzmy 3 rodzin na ponad tydzień czasu, a reszta osób/rodzin czyli w przeważającej części matek z dziećmi dojeżdżała na kilka dni lub w weekendy. Tym sposobem na polu namiotowym mogło się pojawić w szczycie do 7 namiotów a ze w większości były to duże namioty rodzinne to całość obozowiska wyglądała już ma obóz cygański 🙂 I jako ze co wyjazd mogły się pojawić nowe osoby takzem się pojawiła i ja w ostatnich latach brennenskiej tradycji. Warto jednak napomnieć że w ostatnie dwa lata Brenno zostało wymienione na Stary Port Kapitanów bo jest w lesie, ale tradycja spania pod namiotami była podtrzymywana. Aż do tego roku…
Organizacja tego wyjazdu zaczęła być problematyczna już od samego początku. Wstępnie ustalony termin przestał być traktowany jako ustalony bo nikt o wyjeździe nie wspomniał. Dla mnie było to oczywiste – jest ustalony to po co o tym gadać 😁 W dodatku pogoda się zepsuła i prognozowane były wszystkie dni w deszczu. Nie zapowiadało się zatem najciekawiej. Większość dzieci zdążyła dorosnąć więc również nie zamierzali towarzyszyć matkom na biwaku co w pewnym sensie ułatwiło dalszą decyzje. Najbardziej zdeterminowana ekipa postanawia ze jedziemy na spontanie gdzieś dalej, choćby na kilka dni ale tam gdzie będzie świecić słońce. No i tym sposobem w ciągu 2 dni od decyzji pojawiamy się w Budapeszcie 🌞 (no nie było na stanie szybszych lotów w atrakcyjnej cenie😆)
Jako że nikt z nas się porządnie nie przygotował do zwiedzania zaczynamy poznawać Budapeszt od naszej dzielni. A to nie byle jaka dzielnica. W centralnej jej części biegnie stara aleja Andrassyego przy której mieszczą się piękne, zabytkowe wille, które w przeważającej część zagospodarowane są przez ambasady. Ale do największych atrakcji tutaj należy zdecydowanie stara linia metra, której zabytkowe stacje będziemy odwiedzać przez najbliższe 3 dni. Wagonik wzorowany na oryginalnym, wykafelkowane prawie identyczne stacje które są bardzo płytko położone pod ziemia. Generalnie same zalety – ta linia nr 1 jest wygodna w dostaniu się do niej prawie jak naziemny tramwaj, ale kursująca częściej i szybciej jak prawdziwe metro. Dla pewności przejechaliśmy się jeszcze pozostałymi 3 liniami metra żeby z pewnością stwierdzić – nasza żółta linia metra jest zdecydowanie najfajniejsza 😁
No nie mogła podejść bliżej na most i zrobić lepszego zdjęcia na zamek królewski… bo był straszny upał. Mało się cokolwiek chciało 😁
Obowiązkowy must have to oczywiście wzgórze zamkowe po drugiej stronie Dunaju czyli Budzie. To na nim stoi najbardziej monumentalna budowla tutaj czyli zamek królewski. Po kilkunastu przebudowach kojarzy się bardziej z budynkiem urzędu wojewódzkiego niż z pałacem więc mało zachęca do wizyty w środku, gdzie mieszczą się muzea. Warto natomiast zobaczyć tarasy i przejść się dziedzińcem wokół zamku. Atrakcja bezpłatna i w dodatku można z bliska zobaczyć że część budynkow tutaj jest zrobione z marmuru (!?). Bardzo ładna jest również żelazna brama, która prowadzi do zamku ze smokiem czy też orłem na przedzie. No i oczywiscie to co warto zobaczyć w Budzie to Kościół św. Macieja, w którym koronowani byli królowie węgierscy i okalająca ją Baszta. Powiem szczerze że już trzeci raz w życiu ją oglądam i za każdym razem inaczej ją pamiętam. To taka w miarę nowa budowla udająca starą architekturę i ponieważ kiedyś o tym fakcie nie wiedziałam dużo bardziej mi się kiedyś podobała 😆
Kościół św. Maciej a poniżej Baszta
No i druga atrakcja konkurująca o najfajniejszą w Budapeszcie czyli baseny termalne już po stronie Pesztu. Jest ich kilka w Budapeszcie. My wybraliśmy Szechenyi Furdo bo mieszkaliśmy obok, a przy okazji chcieliśmy zwiedzić zamek Vajdahunyad. I to właśnie ten zamek zrobił na nas największe wrażenie. Polaczenie kilku stylów architektonicznych, wieże zarówno pałacowe jak i basztowe. To wszystko kreuje bardzo magiczne wrażenie. Ten zamek pasowałby nam do Draculi, który co prawda tutaj nie mieszkał ale można było go znaleść siedzącego samotnie na murku przy fosie. Termy natomiast mieszczą się w zabytkowych budynkach z XIXw. I to była główna atrakcja tego miejsc aby podziwiać zabytkowe sklepienia i fantazyjne mozaiki na podłogach. No i samo kąpanie się w gorącej wodzie o temp. 38 stopni też miało swój urok choć temperatura na zewnątrz była tak samo gorąca jak woda.
Czy każda matka musi stanąć na głowie żeby dzieci poszły w końcu spać / 🤔
Kolejna konieczna atrakcja tutaj to rejs stateczkiem po Dunaju. I pomimo rozbieżności wiekowej naszej grupy każdemu się podobała. Dostaliśmy po lampce Tokaju, rozsiedliśmy się wygodnie na górnym pokładzie i rzucaliśmy to jednym okiem na podświetlone mosty i budynki to drugim uchem starając się złapać chociaż jeden fakt historyczny w słuchanym audio przewodniku. Mi się nie udało niestety nic zapamiętać ale coś tam nam później opowiedział Lucek o tym co podobno słyszeliśmy. Nie będzie to natomiast żadna niespodzianka jeżeli powiem że najładniej oświetlonym i robiącym największe wrażenie budynkiem był oczywiście parlament. No ale on za dnia też jest piękny więc to w sumie żadna sztuka
I ostatnia rzecz o której nie mogę nie wspomnieć to Ruin Bar Budapeszt. Jak sama nazwa podpowiada to bar w ruinach kamienicy, z klimatycznym patio pośrodku, pomazanymi napisami na ścianach,siedziskami w wannie i innymi wynalazkami. Generalnie klimat lekko grungowy i squadowy , ale ma na tyle atrakcyjny klimat że klienci w każdym wieku chętnie się tutaj zatrzymują nawet w środku dnia na orzeźwiające piwo…tudzież lager 😜
No i tyle w telegraficznym skrócie z Budapesztu. Oj czuję że tu kiedyś jeszcze powrócimy. Katedra św. Stefana nie odwiedzona, podziemia zamkowe nie splądrowane (to jedyna atrakcja na której wejście wymagana była gotówka), no i wzgórze Gellerta nie zaliczone. Nie wiem co na nim takiego ciekawego oprócz widoku na Peszt być może ale wszyscy mnie o niego pytają 🤷♀️
Iza, Agnieszka, Beata, Lucek… no i ja 😀 A ktora to ksiezna Sisi? … oto jest pytanie na ktore odpowiedz znaja jedynie wtajemnieczeni 😂
Korfu wyszło nam zupełnie przez przypadek. Po Japonii został jeszcze ponad tydzień wakacji, w Polsce pogoda się popsuła i była to najtańsza destynacja last minute z biura podróży. Nie oczekiwaliśmy niczego więcej poza ciepłym morzem. Ale Korfu okazała się być bardzo fajną grecką wyspą. A co nam się najbardziej tutaj podobało:
Rajskie wybrzeże wysepki Antipaxos – Żeby je zobaczyć trzeba wykupić rejs, który opływa Paxos. Podczas tego rejsu wpływa się do błękitnych jaskiń i dopływa do rajskiej plaży na Antipaxos. To niezamieszkana wyspa na której można wynająć sobie dom na tydzień. Nie ukrywam że miałabym ochotę to zrobić. Plaże wokół wyspy mają krystalicznie czystą i ciepłą wodę, białe dno z białym piaskiem i małą kamienistą plażę. Statki nie dobijają do plaży tylko wypuszczają turystów żeby pływali wokół statku. Odległość od plaży jest jednak na tyle mała, że można do niej dopłynąć. Na początku byliśmy na tej plaży sami, potem dopłynęły jeszcze dwie pary. Ale i tak było super. Szkoda że nie mieliśmy czym pstryknąć zdjęć. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Gaios i zamawiamy naszego ulubionego kalmara z grilla.
Kaliopsi – To z kolei nasza ulubiona miejscowość i plaża. To tutaj wróciliśmy na całodzienne plażowanie. Sama miejscowość nie jest duża ale bardzo kameralna, wybrukowana marmurowymi kostkami, z widokiem na pozostałości fortecy na wzgórzu, przyjemnym porcie i tawernami. Plaże tutaj są kamieniste ale wszystkie śliczne. Ulokowane w mniejszych lub większych zatoczkach ale zawsze z ciepłą i przeźroczystą wodą. Nawet w wietrzne dni można tutaj wybrać dogodną plażę na całodzienne plażowanie.
Sidari – jest najbardziej znane z kanału miłości. To naturalnie ukształtowane wybrzeże z gliny tworzące przysłowiowy kanał. A wewnątrz tego kanału znajduje się jaskinia którą można przepłynąć. I tutaj wieść niesie że jak się przepłynie go z ukochaną osobą to zostanie się razem na wieki. A jeżeli przepłynie go osobą szukającą miłości to znajdzie ją w ciągu roku. Ot taka legenda… ale na wszelki wypadek wszyscy przepływają Canal d’Amour.
Korfu – to stolica wyspy i największe miasto całej wyspy. No niestety nie umywa się do np. miasta Rodos ale poza ulicą Latoni ( wzorowaną na francuską aleję) jest taka bardzo swojska. W znaczeniu szybko można się poczuć tam jak w domu. Ten klimat tworzą kamienice, które nie są odnawiane i dzięki temu tworzą ten specyficzny klimat. Charakterystycznym elementem budynków jest tutaj kanalizacja poprowadzona po elewacji budynku.
Porto Timoni – to plaża a wlasiciwie dwie małe plaże i dwie zatoki połączone jednym wybrzeżem. Co ciekawe różnią się temperaturą wody i dla zmylenia to ta plaża bardziej wietrzna po prawej (patrząc z góry) miała cieplejsza wodę. Żeby dojść do tej plaży z miejscowości Agios Georgios trzeba się najpierw wspiąć na wysoki klif na którym ulokowała się ładna wioseczka Afionas a potem ponownie zejść z tego klifu już do Porto Timoni. Nie muszę dodawać że żeby się wydostać z plaży podobnie trzeba się wspiąć na klify. Ale że widoki w trakcie wspinaczki są przednie to dużo turystów na tą niedostępna plażę dochodzi.
No i największe niespodzianki tych wakacji. Pierwszy to stand up draq queen na który przypadkowo się załapaliśmy. Lady Jane była anglikiem i na szczęście w trakcie swojego performance’u skupiła się na brytyjczykach. Może wyczuwała że nie wszystkie żarty rozumiemy do końca. Ale dwie rzeczy miała bardzo dobre: głos i nogi😀
Drugą niespodziewaną atrakcją to wypożyczenie sobie łodzi motorowej aby opłynąć północno-zachodni brzeg wyspy. Wypożyczenie łódki nie wymagało żadnych licencji więc postanowiliśmy skorzystać. To idealny środek lokomocji żeby zobaczyć wybrzeże ze strony morza i wykąpać się na niedostępnych plażach lub bezpośrednio z łódki. Tomkowi się bardzo spodobało prowadzenie motorówki. Ja początkowo dosyć nieufnie podchodziłam do tematu i chwilę mi zajęło osiągnięcie pełnej prędkości😀
I na koniec rzecz która jest zawsze super na większości wysp morza śródziemnego. To przepyszne grilowane owoce morza. Tomka faworytem jest od jakiegoś czasu kalmar a ja jestem wierna ośmiornicy😀