Jak czytacie ten wpis to my już lecimy samolotem do domu. Na lotnisku byl czas (bo sklepow tam nie ma było praktycznie żadnych 😩) wiec była okazja aby podsumowac nasze ostatnie cztery tygodnie. To była niezła jazda bez trzymanki. Przejechaliśmy w sumie 8 350 km. Zabrakło nam tego dodatkowego tygodnia czy dwoch ktore zazwyczaj mielismy do dyspozycji zeby móc sie zatrzymac na dluzej tam, gdzie bylo najpiekniej i zrobic dluzsze trekkingi. Ale plan parkowy zrealizowalismy w calosci. Gdyby byl czas pojechalibysmy jeszcze do Tijuany by przekroczyc granice z Meksykiem… choc jadac przy granicy mielismy wrazenie ze przekraczalismy tą granicę kilkukrotnie (na wiekszosci punkow kontrolnych machali zeby jechac dalej). Niedokonczone porachunki mamy rowniez z krajowa droga nr 1 pomiedzy Los Angeles i San Francisco czyli odcinek zwany Big Sur. Kilka lat temu byla akurat zamknieta a w tym roku nie starczylo na nia czasu. Ale w Europie mamy duzo pieknych krajobrazowych drog nad morzem wiec jakos specjalnie nie placzemy po niej.
No i ktory park zrobil na nas najwieksze wrazenie ? Cięzko wybrac, w kazdym bylo wlasciciwe coś unikalnego ale najwiecej wspomnien zabierzemy z Big Bend National Park (mozna sie domyslic dlaczego 🙂 Kilka dni temu National Geographic uznal ten park za jedna z najlepszych destynacji do zobaczenia w roku 2023. Tak wiec udalo nam sie go zobaczyc jeszcze przed turystycznym pikiem 😁
Co poza tym ? Poczatkowo mielismy przeboje z kartami płatniczymi ale spodziewajac sie tego wzielam ich 6. Ale tylko jedna była kredytowa bo druga nie doszla poczta polska (siedzi i czeka w skrzyce na listy). No i tej drugiej kredytowki zabraklo na poczatku wyjazdu przy wypozyczeniu samochodu. MBank zablokowal mi karte (niestety robia tak czasami jak idzie platnosc z zagranicy) ale na szczescie mielismy wykupione bilety powrotne bo to umozliwilo nam zaplacenie zwykla karta debetowa. A ktora karta najlepiej sie sprawdzila ? – zgodnie z oczekiwaniem Revolut. I nie tylko jezeli chodzi o najkorzystniejszy kurs wymiany ale rowniez praktycznie mozna nia bylo zaplacic wszedzie bez problemu, rowniez na serwisach online. Przez te nie cale 4 lata duzo sie tutaj zmienilo bo praktycznie mozna bylo wszedzie zaplacic kartą. Tylko jedna stacja odmowila wszystkim moim kartom i byla to stacja Chevron (jakos nas to nie zdziwilo, na poprzednim wyjezdzie tez staralismy sie jej unikac ).
A gdzie sie najlepiej czulismy ? – ja w Nowym Meksyku. To tam spalismy najczesciej na dzikich biwakach, jezdzilismy pustymi drogami i o dziwo zadne dzikie zwierze sie tam nawet nie pokazalo. Nie zobaczylismy wiec ani grzechotnika, ani skorpiona choc to ich naturalne habitaty. Tylko pajaki byly aktywne. Gdybysmy tu mieli przyjechac kiedys jeszcze raz obowiazkowo spakowalabym przewodnik po pajakach 😁
A zatem See You and Adiós.. Do zobaczenia już w Polsce!
A o to niespodziewany i nieplanowany, ale za to lekko przydługi, wpis specjalny z weekendu czerwcowego. Taka rozbiegówka odkurzająca naszego podróżnicznego bloga przed pazdziernikowym wyjazdem do Japonii by sprawdzic czy blog jeszcze dziala, czy po 17 aktualizacjach wordpressa nadal go ogarniam jednym palcem na telefonie i ile jeszcze mamy miejsca na serwerze na wrzucenie zdjec i filmow. I na pewno bedzie to niespodzianka dla ekipy o ktorej tu zaraz napisze. Taka pamiatka do powspominania na starość 😁
Na most wybralismy sie czteroosobowym zespołem: Asia, Jula, Sebastian i ja. A kto sie stresował najbardziej ? – nie zdradzę, przynajmniej nie na początku opowieści. A co sie stało z Tomkiem ? – to tez sie zaraz wyjasni. A wiec zacznijmy od początku.
Strój pro na spływ miał tylko Sebastian … reszta była po amatorsku 😀
Na splyw wyruszylismy z Wrocka wczesnym rankiem po sniadaniu (ok.10.30 , w koncu wszyscy mamy urlop wiec sie nie bedziemy zrywac po nocach:) i na czas dojechalismy na miejsce startu spływu. Szkoda tylko ze nie tej firmy, z ktorej kupilsmy bilety wiec juz w lekkim napięciu dojechalismy „skrótem” kolejne 10 km na wlasciwy start spływu do pałacu w Ławicy. Pozniej juz tylko odebranie kapokow, dojazd melexem do przystani, odebranie pontonu i wioseł. I tu właśnie dopadła nas proza zycia i pierwszy problem na trasie: kto bedzie wiosłował ? 😁 Jako ze nie było chetnych ( zreszta w ekipie obok byl ten sam problem 😁) jedyni mezczyzni w ekipie czyli Sebastian i Tomek solidarnie podjeli temat przesuwania naszego pontonu ciut szybciej niż niemrawy nurt Nysy Kłodzkiej, ktora prezentowala generalnie bardzo niski poziom wody. Podobno mialy byc odcinki z glebokoscia do 2 m ale musialy byc bardzo krotkie, bo na wiekszosci trasy trzeba bylo raczej uwazac zeby nie utknac na mieliznie lub kamieniach wystajacych z wody.
Po opanowaniu umiejetnosci prowadzenia pontonu w miare prosto ( a nie wszystkim sie to udalo tak szybko jak nam:) zaczelismy wyprzedzac kolejne ekipy na pontach lub kajakach, ktore rozpoczely ten splyw przed nami, co zdecydowanie podniosło morale w naszej grupie. Nie bylo to niestety az tak duze osiagniecie zwazajac na to, ze na rzece splywaly albo grupy z dziecmi na pokladzie albo ledwie zywi turysci. Doslownie … podejrzewalismy nawet, ze jeden gosc ktory wygladal jak przerzucony przez burte nie zyje….ale jako ze ruszyl reka gdy ich mijalismy to nie interweniowalismy 🙂 Jego kolega dzielnie probowal prowadzic ponton ale patrzac na duza ilosc obrotow szacowalismy, ze zmieszcza sie raczej w gornej granicy czasu splywu czyli 4h. Nasza ambitna grupa celowala w ta dolna czy 2,5h.
Sam splyw odbywal sie w bardzo ladnych okolicznosciach przyrody i w towarzystwie glownie kaczek i perkozów. Troche skalek, przewaznie w lasie oraz jedna przenoska na calej trasie dlugosci 15km. Choc nie bylo w tym dniu specjalnie upalu to las ochronil nas przed sloncem, ktore dalo sie we znaki w ogolnym zmeczeniu po doplynieciu do mety. Po splywie zajechalismy do lowiska i smazalni pstraga mieszczacego sie niedalego startu splywu i po calym dniu wrocilismy do domu by jeszcze tego samego wieczora kupic bilety umozliwiajace wejscie na oslawiony najdluzszy most wiszacy w Europie, ktory znajdowal sie dosc niedaleko od Barda ale juz za czeską granicą Sudetow.
Kolejnego dnia znowóż zerwalismy sie „wczesnym” rankiem by dojechac do Dolni Morava z planem zaliczenia dwóch glownych w tejze okolicy atrakcji czyli mostu oraz wiezy widokowej o dumnej nazwie „Sciezka w oblokach. Ja osobiscie nie bylam świadoma trzeciego powodu, z ktorego zjezdzaja sie tutaj tlumy ludzi czy 4 rowerowych tras triailowych o roznym stopniu trudnosci: od takiej dla poczatkujacych do czarnej mamuciej dla wymiataczy. I to wlasnie czyni to miejscie takie fajne, bo czuje sie tutaj czlowiek jak na stoku narciarskim, tyle za zamiast nart i snowboardow riderzy zjezdzaja pod wyciag rowerami. I bylo ich tutaj naprawde sporo : mlodzi i starsi, ale wszyscy profesjonalnie ubrani, z kaskami i ochraniaczami, zadowoleni ze juz chyba zjechali 🙂 Generalnie chyba dosyc bezpieczne te trasy bo nie slyszelismy zadnej karetki w poblizu a znajac talent Czechow do dobrej organizacji same trasy wyglądały na bardzo dobrze przygotowane (jak spogladalam z wyciagu:) Cos czuje ze jeszcze tutaj wrócę wlasnie na te trasy rowerowe.
Po pierwszym szoku doznanym iloscią osob stojących w kolejce do kolejki linowej , ktora miala nas zawiesc tam gdzie jest most (w koncu byl to srodek dlugiego weekendu czerwcowego, wolalbym nie sprawdzac tutaj majowki 😀) ustawilismy sie grzecznie w kilkusetmetrowej kolejce probujac jednoczesnie kupic cos do picia. Kolejka na wyciag szła zdecydowanie bardziej sprawnie niz ta do budki i tak juz po okolo godzinie (w sumie nie mierzylam – Sebastian ile stalismy ? Help ? ) bylismy na gorze. Przez moment rozwazalismy nawet piesze podejscie na szczyt ale jako że byl straszny upadl a trasa wiodla odslonietym zboczem to ten pomysl nie znalazl uznania. Drugi pomysl bylby za to trafiony w dziesiatke ale go nie sprawdzilismy, wielka szkoda. Na sam szczyt mozna sie bylo dostac letnim torem bobslejowym, tyle ze z dolu wygladalo ze nie dojezdza na sam szczyt. W rzeczywistosci w połowie stoku ten tor odbijał do lasu i finalnie tez windowal pasazerow na sam szczyt gory. Tym torem bobslejowym zjezdza sie ok. 3 km w dol i podobno mozna sie rozpedzic do 50km/h. Ze nie wspomne o reklamowanym obrocie o 360’C w trakcie tego zjazdu. No trzeba to bedzie sprawdzic koniecznie.
No i jestesmy w koncu na gorze. A tam co ? …. następna kolejka, tym razem juz do wejscia na most. Tradycyjnie ustawilismy sie rowniez w kolejce do budki by kupic jakies picie i przekaski i prawie by nam sie udalo to wszystko zakupic gdyby nie fakt, ze byla to kolejka jedynie do napoji. I tak sie bardzo cieszylismy ze udalo nam sie dokonac zakupu czegos do picia przed samym wejsciem na most wiec w duzym pospiechu wypilismy to co mielismy a ze ja mialam pusty bidon to zabralam sobie co nie co na wynos :). No i sam most. Glowna atrakcja tej okolicy. Czy naprawde glowna ? – mam duze watpliwosci co do tego. Ale nie dlatego ze z mostem bylo cos nie tak. No byl dlugi jak opisywali, 721 m ( ta wielksoc ma tez w nazwie), stal w miejscu (choc Asia z Sebastianem twierdzili ze sie bujal jak wialo), no i byl cholernie zatloczony. Jezeli sie nie wygladalo z niego na boki , a nie mozna bylo za czesto bo tlum ludzi czekal w kolejce na wejscie, to szlo sie wpatrzonym w plecy lub plecak turysty ktory nas poprzedzal. Liczylam po cichu chociaz na to, ze zestresowana ekipa pozwoli nagrac jakis trzymajacy w nerwach film ale niestety. Nikt tutaj nie okazywal oznak zdenerwowania czy stresu. Co prawda nasza ekipa szla trzymajac sie oburacz mostu ale zastanawialam sie czy nie robia tego by mi nie sprawic przykrosci ze sie nie boją. Przeciez tyle obiecywali ze sie beda bac… Nawet GoPro zabrałam na tą okolicznosc i nic.
I ostatnia zaplanowana atrakcja ktora mielismy w planach (ale jak sie okazalo nie wszyscy ja mieli w planach) to wieza widokowa. Calkiem fajna. Szerokie drewniane podesty z nachyleniem umozliwiajacym niemęczacy spacer. Z kilkoma atrakcjami typu tunel, tunel siatkowy miedzy poziomami, siateczkowy podest na samym szczycie czy te pz moim zdaniem glowna atrakcja tej wieży – zjazd grawitacyjny w metalowej rynnie z samego szczytu na dól. Takie przyspieszone zejsce z wiezy ale niestety platne i to w koronach na samej gorze w gotowce. Slyszelismy radosne okrzyki Polakow ze udalo im sie pozyczyc/ zdobyc te 100/150 koron ( nie pamietam, a na stronie resortu ani sie nie zajakneli o cenie tej atrakcji). Ale musi byc to za to bardzo emocjonujacy zjazd ( ma sie pod tylkiem tylko jakis filc i tyle) bo juz z oddali mozna slyszec krzyki osob z niej zjezdzajacych. Z oddali myslelismy ze to psy wyją , a to były krzyki ludzkie 😀 I to bedzie cel mojego powrotu tutaj, zaraz po kolejce bobslejowej. Kto wie, moze jeszcze w tym roku 😁
Generalnie caly osrodek Dolni Morava naszpikowany jest atrakcjami. Nie spojrzelismy nawet na pozostale typu wodny park, park liniowy etc… no bo stalismy przeciez troche w kolejkach a to meczy bardziej niz trekking. Ale patrzac na rozmach inwestycji ( a caly czas cos tam dobudowuja) bedzie to jedno z fajniejszych miejsc zeby powracac. Mam tu na mysli szlaki rowerowe no bo ile mozna chodzic po tym samym moscie. Mam nadzieje ze cała nasza ekipa dobrze wspomina to miejsce bo kto wie, moze skusza sie na rowery, tor bobslejowy czy tez zjedzalnie z wiezy w przyszlosci.
Ps. No a czemu nie bylo Tomka na moscie ? Bo po przyjezdzie z pontonow zaległ z bólem kregoslupa i w trakcie naszej wyprawy masował swoj kregoslup u fizjoterapeuty. Moze to i lepiej? Znajac Tomka nie stalby w kolejce do kolejki tylko zasuwalibysmy zboczem w 30stopniowym upale. Ale to tylko moje przypuszczenia. Czy prawdziwe ? – wolalabym nie sprawdzac 😀 Tak wiec rodzino Borysiewiczów przybywaj ponownie bo mamy nie zaliczone jeszcze grono atrakcji w Dolni Morava Resort. Brzy se uvidime !
Ps2. Zdjecia autorstwa Sebastiana (mam nadzieje ze mi je kiedys zautoryzuje 😋). Z bólem serca muszę to publicznie przyznac ale jest zdecydowanie lepszym fotografem niz ja 🫣 Nie wiem czy się do tego kiedyś przyznawałam na blogu ale te ładniejsza zdjecia w postach to robota Tomka. No nic, przy tylu zaletach moge się śmiało pogodzić z brakiem talentu fotograficznego 🤓 Nikt nie jest idealny 🙃
Dzisiaj juz wyjezdzamy ale poniewaz transfer mamy dopiero wieczorem zdecydowalismy sie na trekking w górach do opuszczonej wioski Pyli i ruin zamku Joanitów. Na start zalozylismy dojechanie do miejscowosci Pyli i stamtad dojscie do starej wioski Pyli. Jako stali bywalcy dworca glownego przepuscilismy autobusy jadace do Tigaki i Marmari i dopiero jak ten trzeci autobus (ktory powinien jechac wlasnie do Pyli) nie zatrzymal sie na wlasciwym przystanku zaniepokoilismy sie lekko. Okazalo sie ze dzisiaj zaden nie jedzie do Pyli (pomimo ze w rozkladzie powinien) i trzeba sie zabierac z tymi co jada glowna droga by wyrzucili nas po drodze. Tak tez zrobilismy… dobrze ze ta wyspa taka mała i kilka dodatkowych kilometrów nie jest tragedią.
Podejscie do Old Pyri prowadzi asfaltową drogą, mija się ze dwie wioski i pole z dojrzewającymi arbuzami. Na miejscu grek przebrany za greka ze starych czasow proszacy o jałmużnę i kochajacy wszystkich ktorzy cos wrzuca do koszyczka. Sam zamek w dosyc agonalnym stanie- nikt go tutaj nie pilnuje ale za to mozna się swobodnie wałęsać po zamczysku i ruinach wioski. Dla nas bomba. Wioska zostala opuszczona z powodu epidemii cholery – kiedys epidemia byla ciekawostka historyczną a dzisiaj to nasza rzeczywistosc…
Postanowilismy dalej isc do miejscowosci Zia. To takie kosowskie krupowki – jedna glowna ulica ze straganami, tyle ze ladniejsza niz w Zakopanem. Miejscowosc Zia jest znana z tego, ze ma piekny zachod słońca. Slonce zachodzic tutaj dokladnie miedzy naprzeciwlegle lezacymi wyspami. Dodatkowo kolorytu dodaje widok na cale polnocne wybrzez wyspy oraz slone jezioro kolo Tigaki. My zachodu slonca tutaj nie doczekalismy ale sfotografowalismy ten widoczek za dnia.
I to juz nasze ostatnie zdjecia z Kos wykonane wieczorem przed odlotem
Dzisiejszym bohaterem dnia są dwa limonkowe rowery, które w komfortowych warunkach zawiozły nas do najwazniejszego miejsca na Kos czyli Asklepiejonu. Wyjasniła sie rownież tajemnica dlaczego czesc rowerow jest tutaj na wyspie zostawiana bez zapięcia . Otoz zapiecie jest ale w formie blokady koła. Dosyc sprytne rozwiazanie – szybko sie blokuje przesuwajac w dół taką czarną wajhę i szybko sie otwiera przekręcając jedynie kluczyk.
Ale wracając do Asklepiejonu bo z taką nazwą spotkaliśmy się po raz pierwszy. Generalnie są to świątynie zbudowane na cześć mitologicznego boga Asklepiosa od sztuki lekarskiej. Wokól jego swiatyn budowane były pierwsze szpitale dla pielgrzymow czekajacych przed swiatynia. Była to zatem pierwsza namiastka zorganizowanej słuzby zdrowia. Asklepiejon w Kos jest bardzo ważny bo to właśnie na tej wyspie urodził sie Hipokrates (to ten od przysiegi lekarskiej) i to wlasnie w tym miejscu leczył i prowadził swoja szkołę. Jest wazny rowniez z innego powodu. Asklepion jest patronem całej wyspy Kos i jak glosi legenda to on zobaczywszy weza zdeptał go i byl swiadkiem jak drugi waz przynosi mu ziolo i waz ozywa. To stad sie wzial symbol laski z owinietym wokol wezem ktora jest dzisiejszym symbolem medycyny.
Asklepiejon skladał się z trzech poziomów połaczonych schodami. Na samej gorze była glówna swiatynia ale niestety nie przetrwała. Na drugim poziomie ostało sie kilka marmurowych kolumn z mniejszych swiatyn zbudowanych w porzadku jonskim i doryckim. Na najniższej platformie ostały sie laznie ale ten kawałek jest niedostepny dla zwiedzajacych.
W drodze z Asklepiejonu mijamy pracownie ceramicznà Clarisse gdzie zakupuje od pana garncarza recznie wykonana mise ceramiczna. Miska jest piekna, w srodku blekitna. Pan garncarz mowi ze to tegoroczna kolekcja. Zdecydowanie sie wyroznia na tle foklorystycznych wzorow ceramiki robionej pod turystów.
No ale dzisiejszą główną atrakcją był dom rzymski z III wieku naszej ery, ktory wylonil sie po trzesieniu ziemi w roku 1933r. I to nie byli jaki dom bo z 36 pokojami co swiadczy ze musial to byc dom jakies waznego i bogatego oficjela rzymskiego mieszkającego na Kos.
Widok na główne patioUbikacje…
O wielkosci domu swiadczy to, ze mial az 3 wewnetrzne patia. Najlepiej zachowaną oryginalnie czescia domu sa podlogi i mozaiki podlogowe. Na mozaikach krolują głownie zwierzęta. Mniej szczescia mialy kolumny, ktore nie wszystkie zachowaly sie w calosci. Fajne jest to, ze zrekonstruowali glowne elementy domu ale pozostawili specjalnie widoczny slady co bylo zrekonstruowane, a co jest oryginalnie zachowanymi elementami domu.
Marmurowe elementy sa oryginalne, rekonstrukcja jest wykonana w betonie
Imponujacy byl tutaj system wodno-kanalizacyjny, w ktorym woda byla doprowadzana m.in do kuchni a system studzien odprowadzal scieki na zewnatrz budynku
Monety z czasow rzymskich
Na koniec dnia tradycyjne kapanko w morzu – tym razem na plazy Lambii. Wejscie piaszczyste, od razu gleboko – taka plaza by nam sie podobala pod hotelem 😀
I pewnie to moje ostatnie odkrycie tego wyjazdu bo jutro juz wracamy… to kody kreskowe na paragonach. Hmm, to niby my jestesmy w czolowce Europy jezeli chodzi o bankowosc i finanse a czegos takiego jeszcze nie mamy. Na kazdym paragonie mamy wydrukowany kod QR, ktory prowadzi do strony na ktorej znajduja sie elektroniczne informacje o naszym wydatku.
Dzisiaj zwiedzalismy zachód wyspy czyli półwysep Kefalos. Zwiedzalismy to mało powiedziane – objeżdzaliśmy je samochodzikiem zwanym buggy car. A oto jak wyglądał nasz baguś:
Wyglada niezle prawda ? 150 pkt do lansu gwarantowane. Prowadzi się go … hmm… jak mały czołg. Troche mało zwrotny, wieje po bokach bo nie ma szyb… no i niestety manualna skrzynia biegów. Ale jezeli sie już czlowiek przyzwyczai do tych niedoskonałosci to sunie wartko do przodu z górki i pod gorke (no chyba ze ktos nie spusci hamulca to wowczas potrafi stanac pod górkę, mi sie to raz zdarzyło 🤦🤷). Pierwszy obowiązkowy punkt na Kefalos to plaża Agios Stefanos ze ruinami swiatyni i słynna wysepką Kastri. Na wysepke co zdolniejsci pływacy mogą dotrzeć wpław – nam ze nie chciało sie jeszcze moczyć ciał o tak wczesnej porze dopłynęliśmy tam rowerem wodnym.
Kolejny przystanek to miejscowosc Kefalos. Trudno powiedziec dlaczego to jest lokalna atrakcja – wlasciwie sa tam jedynie dwie tawerny i domy mieszkalne. Najciekawszy jest widok na cała wyspę stojąc na ruinach zamku oraz zbocze z wykutymi otworami wyglądające na katakumby.
Kolejnym punktem dnia miał byc wrak na plaży Kata. Plaża super- szeroka, piaszczysta ale wraku ni widu ni słychu. Morze z tej strony wyspy wygląda jak ocean – ciemnogranatowe, z dużymi falami i bezkresnymi wodami po horyzont. Dotychczas zawsze cos bylo widac – jakas wyspe ale kawałek Turcji. A tutaj w koncu tylko bezkresna toń wody…No ale gdzie ten wrak ? Gps pokierował nas w strone wydm i w koncu jest… a wlasciwie to co z niego zostalo. Kawałek burty i masztu oddalonego od niego kilka metrów.
Wyjątkowosc tego miejsca docenili hodowcy kóz, ktorzy zalozyli tutaj ogromne stado. Mijało na kilkadziesiąt kóz, tak na oko setka 🙂 A wiedzieliscie ze kozy mają prostokątne źrenice i dlatego widzą lepiej niż ludzie bo pod kątem od 320 do 340 stopni? Pewnie dlatego widząc nas z daleka ustawiły sie grzecznie szeregiem po jednej stronie ulicy.
Na półwyspie Kefalos mieści się najbardziej znana na wyspie tawerna serwująca owoce morza. Zajechalismy zatem do miejscowości Limonias na grilowaną osmiorniczkę i kalmara. Jak sie okazało było warto bo jedzenie tam mają przepyszne😁
No i tak miał sie zakonczyc ten dzien…. ale ze paliwo w baku bagusia jeszcze było to podskoczylismy zobaczyc jak wygladaja tutejsze termy które znajdują sie niedaleko Kos w miejscowosci Fokaz. Trudno mi napisac skad sie wziely tutaj gorace zrodla na wyspie. W internecie bardzo uboga informacja jest o wyspie Kos a ze nie jezdzimy na wycieczki z przewodnikiem to cierpię na brak wiarygodnych informacji. Mogę zatem napisac ze same zrodla maja temperature okolo 50 stopni (czyli za ciepla zeby sie wylegiwac , wiekszosc bohaterow jedynie moczy tyłki) oraz smierdzi siarką 🙂 A sama sadzawka z goracymi termami wyglada tak
Za to prowadzi do tych term bardzo malownicza i kręta droga i tym miłym akcentem pozegnalismy sie z naszym kremowym buggy car typu Renli oddajac go po drodze do wypożyczalni.