Wszystkie wpisy, których autorem jest kasia

Alabama – Gulf Shore State Park

Jedziemy wybrzezem zatoki meksykanskiej i wjezdzamy do Alabamy. To nasz dziesiąty stan w USA, w ktorym byliśmy. Wiemy o nim tylko tyle, że należy do tych najmniej rozwiniętych . A jako ze kazdy stan ma prawo do ustanawiania własnego prawa to nie jest to stan dobrze traktujący kobiety. Trudno nam to zaobserwować bo tylko przejezdzamy tutaj wybrzezem (a wybrzeza dostali bardzo niewiele) ale ze tych stereotypów jest bardzie wiele (łacznie z tym o kazirodztwie w Alabamie) to pewnie jest w nich odrobina prawdy. My natomiast obserwujemy ze zrobiło się wokół bardziej zielono i pojawiły sie pola z bawełną.

Naszym celem jest dzisiaj park stanowy Gulf Shore w Alabamie i dojezdzamy do pieknej plazy. Piaseczek bialy, sloneczko swieci wiec po zwiedzeniu mola planujemy w koncu kapiel w oceanie. Wypatrujemy myszek plażowych ale o ich obecnosci swiadcza jedynie norki na piasku przy samym morzu.

Na molo głównie stoją wedkarze. Obserwujemy jak dzieciak złowił kraba i probuje go wziąść do ręki. Krab nie zamierza tanio swojej skóry sprzedawać i albo go straszy szczypcami, albo nie puszcza kapelusz, albo akrobatycznie odwraca sie z plecków nie pozwalajac sie dotknąć. W koncu wkracza mama chłopca przerywając tą nierówną walkę i uwalnia kraba z wędki… oraz wrzucając go z powrotem do morza. My rowniez juz schodzimy z mola aby w koncu się wykąpać ale nagle wszyscy krzyczą ”shark” i pokazują sobie rekina w wodzie. No pięknie ! Jak nie urok to … Nie wygląda na dużego ale chyba jest głodny jak tak na mielizne podpłynął. W sumie mozemy mu porobić trochę zdjęć a tu bach…. drugi rekin sie pojawił. Nie poddajemy się jednak tak łatwo i odchodzimy kaweł drogi plażą do miejsca, gdzie widzimy ze kąpia sie w oceanie małe dzieci. No jak dzieci sie kapia to my chyba też możemy 😀

Molo
Bohaterski krab
Tomek wypatruje czy rekin nie nadpływa podczas mojej kąpieli 😀

Alabama sie skonczyła i wjezdzamy do Missisipi. Tego stanu w ogole nie obejrzymy bo stalismy w korku z 1,5 h i po zmroku dojezdzamy do kampingu McLeod Park. Tutaj podobna sytuacja jak ostatnio. Pierwszy wybrany kamping nad morzem pelny, a drugi nad rzeką Jourdan prawie pusty. Przespalismy sie zatem w zupelnej ciszy a rankiem po przegonieniu kondora, ktory zmierzał do nas na sniadanie, wyruszylismy już prosto do Nowego Orleanu.

Ps. Z tym Haloween to tutaj jakies szalenstwo jest. To dopiero za 2 tygodnie a nawet na kampingu wszedzie sa kosciotrupy.

… a to melex Rangera kampingu

ps2. Testujemy jajecznicę z kartonu. W skladzie prawdziwe jajka wiec zastanawiamy czy faktycznie Amerykanom nie chce sie juz rozbijac jajek i stad ten produkt ? Znalezlismy jednak 3 powody, dla ktorych ten produkt ma rację bytu. Po pierwsze się nie stłucze w drodze, po drugie zajmuje mniej miejsca w lodowce podroznej a po trzecie jest wzbogacony witaminami i mineralami. A jako ze smakuje dosc podobnie do całych jajek to byc moze jeszcze kiedys taką gotową jajecznicę sobie kupimy.

Nowy Orlean – French Quarter

Nowy Orlean czyli jedno z najstarszych miast w USA i zarazem kolebka jazzu. Spodziewamy sie zatem klopotow z noclegiem ale udaje się zarezerwowac pokoj w” historycznym hotelu” niedaleko glownej atrakcji miasta czyli French Quarter. Mieszkamy tuz niedalo ulicy Frenchman. Pokój wygląda calkiem spoko ale znowu nie ma okna. Okazuje się że we wszystkich kwaterach na ktorych mieszkalismy na tym wyjezdzie nigdy nie mielismy pokoju z oknem 😏 W sumie wchodzimy tam zawsze i od razu zasypiamy ale jest to zastanawiajace, czy kiedykolwiek mieszkali tam normalnie ludzie czy jest to przeróbka juz typowo pod turystow. W kazdym bądz razie najslynniejsza dzielnica w Nowym Orelanie wyglada tak:

Architektonicznie to domki po pierwszych kolonizatorach czyli francuzach i hiszpanach obecnie okreslanych jako styl kreolski. W owczesnych czasach pojawila sie moda na żeliwo wiec wiekszosc kilkupoziomowych domow posiada pieknie wyrzeźbione metalowe balustrady. To prawda rowniez, ze juz od rana slychac tu muzykę na zywo, czy to w kawiarni, czy to w barze. Przypomina ona jednak bardziej bluesa wiec w poszukiwaniu jazzu wyjdziemy wieczorem na miasto.

We francuskiej dzielnicy oprocz barów i knajpek mamy sklepiki z pamiatkami dla turystów. Bardzo duza ich czesc skupia sie na ”gadzetach” Voodoo a właściwie poprawnie mówiąc hoodoo (w odroznieniu od vodou z haiti). Sa tam wystawione przerozne amulety, laleczki lecz najwiecej jest czaszek. Co ciekawe w tych sklepach specjalizujacych sie w hoodoo sa rowniez postacie swietych.

Luizjana slynie z bardzo dobrej kuchni okreslanej tutaj Cajun cusine. My sie skusilismy na gumbo czy bulion w brązowym kolorze z dodatkiem krewetek, jambalayia, etouffee czyli ryz z krabem oraz ryż z fasolą i kiełbaską. Wszystko było bardzo smaczne oraz fajne bylo to, ze te 3 ostatnie potrawy mozna bylo kupic jako jedne danie pod nazwą smaki Nowego Orleanu. Nie sprobowalismy jedynie Poboy-a, duzej bulki w ktorą opakowuje się owoce morza lub jakies mieso. No i hitem są tutaj ostrygi bo kolejki do knajpek z ostrygami były największe.

Na zdjęciu może to nie wygląda dobrze (w końcu to kuchnia chłopska i jednogarnkowa) ale naprawdę było bardzo smaczne

Ps. Nazwy ulic w Nowym Orleanie sa rowniez wybrukowane na chodnikach. Zapobiega to pewnie pokusom aby zmieniac nazwy ulic. Ale patrzac po ilosci lilijek( symbol monarchi francuskiej i rowniez symbol z godla NOLA ) to są tutaj dumni z korzeni francuskich. O tych hiszpanskich korzeniach mniej glosno choc to wlasciwie hiszpanie odbudowali Nowy Orlean po dwoch duzych pozarach w poczatkach jego historii.

PS2. W sklepach promocja na duze steaki T-Bone ale nie mamy tym razem mozliwosci ich usmazenia 😕

PS3. W stanach jak ktos ma karte telefoniczna na prepaida to jak przestanie ją opłacać to numer automatycznie jest przydzielany nastepnemu uzytkownikowi. Na nasz numer amerykanski na ktorym sobie wykupilismy internet non stop ktos dzwoni albo pisze smsy. Z ich tresci wynika ze wczesniejsza posiadaczką tego numeru była jakas młoda dziewczyna ( majaca m.in trenera personalnego do ktorego przestała sie odzywać 😀). Dzisiaj przyszedl sms po hiszpansku zeby zadzwoniła by ten ktoś mógł jej zadać pytanie. Jakie pytanie niestety nie wiemy ☹️

New Orleans – w poszukiwaniu jazzu

Jako ze dzien nie tworzy najlepszego klimatu do słuchania jazzu wybralismy sie na jego poszukiwania wieczorem po zmroku. Najwięcej knajpek znajduje się tutaj przy ulicach Bourbon i Frenchman wiec tam skierowaliśmy swoje kroki. W centrum francuskiej dzielnicy poczulismy sie nieco jak na jarmarku. Z kazdej knajpki leci glosna muzyka, ale glownie blues, rock i country- za to prawie zawsze jest to muzyka na zywo i reklamujaca sie ”no cover” czyli grajaca własne numery. Sa tu rownie bary dyskotekowe ktore dodaja swoje 3 grosze do głosnosci na ulicy. Sa mimowie, artysci uliczni i formacje bebniarzy.

Tutaj sie dopiero zblizamy do centrum rozrywkoweog Nowego Orleanu

Jako ze Nowy Orlean to miasto artystow to po zmroku otwiera sie dedykowany plac (French Art market), na ktorym swoje prace wystawiaja wszelakiej masci artysci.

No i jest ! W koncu! Knajpka w ktorej graja jazz. Nie bez powodu w nazwie lokalu maja informacje ze sa rezerwatem jazzu. Na razue nie ma tlumow ludzie ale byc moze pora jeszcze wczesna.Przysiadamy się na jeden set utworów. Gra zespol zlozony z czarnoskorego wokalisty o bardzo chropowatej barwie glosu, ktory zarazem w przerwach od spiewania gra na dwoch trąbkach. Mamy rowniez saksofon, fortepian, kontrabas i perkusję. Nie jestesmy znawcami ale nam sie podoba to co grają. Co ktorys kawalek przeznaczaja na solówki instrumentalne… i tylko perkusista takowych nie posiada. Nie wiemy dlaczego 😀

Na całym obszarze tutaj znalezlismy w sumie 3 knajpki w ktorych grali jazz. Ta najbardziej popularna, do ktorej ustawialy sie kolejki zeby wejsc, byla juz calkiem blisko naszego domu. Generalnie im dalej od samego centrum French Quater tym klimat i nastrój był fajniejszy. Pewnie najlepsze knajpki sa w zupelnie innymi miejscu ale to trzeba by bylo jakiego lokalsa podpytac. Co prawda ucielam sobie pogawedke z pania ktora przyszla na plac zabaw z wnukiem ale nie przyszlo mi do glowy wowczas zapytac o lokale jazzowe. Rozmowa skupila sie na ostrygach 😀 Dowiedzialam sie ktore sa najlepsze ale juz nie pamietam 😀

To ta najbardziej popularna tutaj knajpka z jazzem – the spotted cat music club

Ps. Ciekawostka – na domach pala sie lampy z prawdziwym ogniem. Czasami sie palą rowniez w ciagu dnia choc przy takim upale nie jest to pożądane. Zdazaja sie tez sztuczne lampy udające gazowe ale przewazaja te z prawdziym ogniem. Kryzys drogiego gazu tutaj pewnie nie straszny…

Ps. Do powazniejszych klubów wpuszczają od 21 albo nawet od 30 lat i sprawdzaja wiek na dokumencie tozsamosci.

New Orleans – Garden District

Francuski kwartał to jest dzielnica, którą dopiero niedawno zaczęto remontować i ze slumsow wyrosła na symbol tego miasta. Natomiast najbardziej eksluzywną częścia Nowego Orelanu jest Garden District z wielkimi kolonialnymi domami. To w tej dzielnicy kupuja sobie domy znane gwiazdy filmowe, artysci czy tez znani sportowcy. Gdzieś tutaj ma swój dom Sandra Bullock i John Goodman.

Jak sie tak przyjrzeć dokładniej tym domom to można dojrzec szczegoly nawiązujące do czasów z epoki wojny północ- poludnie. Na przykład taki slupek do przywiązywania konia😀 W sumie dosyc łatwo sobie tutaj wyobrazic Scarlet O’Hare podjezdzajaca powozem pod swoj dom w Atlancie.

Słupek do przywiązywania konia

Najszerszą ulicą tutaj jest aleja St. Charlesa. To tą ulica przechodzą parady. Największa z nich jest organizowana w ostatki czyli w lutym lub w marcu. Ze zdjec wyglada to podobnie do karnawału w Wenecji i pewnie tez dlatego, ze sprzedaja tutaj bardzo podobne maski na twarz. Na aleji Karola znajdują sie nie tylki największe sa budynki ale są tez często murowane. Ten ponizej to dom zarządzajacego firmą (taki dzisiejszy CEO), która budowała kolej.

W dzielnicy ogrodów znajduje sie również słynny cmentarz Lafayette no1. Na tym cmentarzu nie chowano nikogo pod ziemią gdyz teren znajduje sie 20 m ponizej poziomu wody i nikt nie chcialby ogladac plywajacych trumien. Kazdy pochowany musial wiec miec dedykowany grobiec. Niestety cmentarz byl zamkniety ale wyobrazamy sobie, ze byl w klimacie cmentarza Recoletto w Buenoss Aires.

No i jeszcze ostatnie spojrzenie na Garden District – nawet tutaj juz sa przygotowanie na Haloween.

Plantacje trzciny cukrowej w Luizjanie

Dzisiaj będzie historia rodziny która posiadała plantację trzciny cukrowej. Obecnie ta plantacja nazywa sie Laura od imienia ostatniej plantatorki z rodziny DuParc. Na tle innych plantacji wyrozniala sie tym, ze byla od 4 pokolen prowadzona przez kobiety. Generalnie owczesne prawo nie pozwalało kobiecie na podjecie jakikolwiek samodzielnych dzialan biznesowych bez zgody męża … no ale ze mąz pierwszej wlascicielki Ninette szybko pozegnal sie ze swiatem kobieta mogła przejąć prowadzenie plantacji.

Kolor domu sugerowal w jakim jezyku sie w nim mówi. Kolor biały oznaczał język angielski a gdy dom był kolorowy język francuski

Najwieksze plantacje w Luizjanie były w posiadaniu Kreolów. Kreolem z kolei byl ktos kto urodzil sie juz w Ameryce, mowil w jezyku francuskim i byl wychowany w wierze rzymsko -katolickiej. Teoretycznie kolor skóry nie mial tutaj znaczenia. Jednym z głównych obowiazkow plantatora bylo m.in. nawracanie swoich ”podwładnych” na wiarę katolicką. Uprawiali oni zazwyczaj trzcinę cukrową ktora wymagała duzych plantacji ale tez przynosila duzo zyskow ( w odróżnieniu od plantacji bawelny, ktora oplacala sie juz przy mniejszym arearze).

Dom ktory wybudowala sobie Nineth na starosc by sienodsep odseparowac od rodziny

Dom oraz pozostale nieruchomosci na plantacji zbudowali niewolnicy. Podobno wsrod plemion afrykanskich byly takie, ktore posiadaly duze umiejetnosci w budowie domów. Takowych zatem wykwalifikowanych niewolnikow z Afryki pozyczali sobie plantatorzy miedzy soba by budowali domy w technologii ktora znały te plemiona lub jak im pokazano ze maja budowac. Na tej konkretnej plantacji oprocz niewolnikow pracujacych posiadano rowniez dwoje osobistych niewolnikow, ktorzy spali w domu i jezdzili wszedzie tam gdzie ich wlasciciele. Tych niewolnikow praktycznie traktowano jako członków rodziny ( tym bardziej ze ich potomstwo dziedziczyli dana role w domu) ale z uwagi na czasy nie mozna bylo tego okazywac na zewnatrz. W archiwach tej plantacji jest zdjecie rodziny wraz z niewolnica co nalezalo raczej do rzadkosci.

Spis i wycena niewolników z plantacji Laura. Jean-Pierre przebijał stawkę bo miał jakies specjalistyczne umiejętności. Kobietę wyceniano wraz z dziecmi ktore posiadała do 10 roku zycia. To ze moze rodzic dzieci (czytaj: nowego niewolnika ktorego bedzie mozna sprzedac) rowniez podnosiło jej wycenę.

Wracajac do rodziny DuParc. Nanette miala troje dzieci: dwoch synow i corke i wszyscy razem prowadzili rodzinny biznes ktorym byla plantacja trzciny cukrowej. Jej córka Elizabeth podobnie jak matka szybko owdowiala (i przy okazji zgarnela majatek swojego meza Francuza we Francji) a poniewaz przezyla swoich braci zmarlych bezdzietnie oddziedziczyla cały majątek i całą plantację. Ciekawostka jest to, ze Nanette po 21 latach rzadzenia plantacja przeszla na emerytuje przekazujac paleczke swoim dzieciom i uposazyla sie w roczna wypłate w wysokosci 70 tys. USD za konsultacje w sprawie prowadzenia plantacji. Dodatkowo wybudowala sobie osobny dom za tym glownym, zeby nie musiec mieszkac z rodziną na kupie. W tym glownym domu mieszkalo rodzenstwo wraz z rodzinami i personalnymi niewolnikami przez 9 miesiecy w roku kiedy na plantacji byla praca. Na pozostale 3 miesiace wyjezdzali do swoich domow w Nowym Orleanie. Podobno planatorzy amerykanscy roznili sie od plantatorow kreolskich tym, ze byli dumni z tego że sami zarządzali swoimi planatacjami a Kreole udawali ze one się same zarzadzają. Utozsamiali sie z arystokracja francuską wiec nie wypadalo pracowac za to w dobrym tonie bylo urzadzanie balow, picie i generalnie prowadzenie zycia towarzyskiego.


… no i tutaj losy rodziny mi lekko uciekły bo przewodniczka przyspieszyła i jezykowo nie wszystko złapaliśmy badz zapamietalismy. Generalnie w kazdym pokoleniu byla jedna kobieta, ktora chciala wyjechac do Francji ale ci mescy potomkowie albo nie mieli dzieci albo szybko umierali wiec finalnie dziedziczyła plantacje. Pewnie seniorka rodu tez miala tu duzo do powiedzenia bo przeżyła o ile dobrze zrozumialam 101 lat. Ostatnia wlasicielka z tego czwartek pokolenia miala na imie Laura i jak wystawiono plantacje na sprzedaz to w ogloszeniu nazwali ja plantacją Laury. Stad ta nazwa jest do dzis.

W takim domku mieszkały zazwyczaj dwie rodziny niewolników

I jeszcze o nieformalnych zwiazkach rodziny i niewolnikow. Osobistą sluzacą Nanette byla Nina, z ktorej to wnuczką jeden z synow Nanette -Flagy- mial troje dzieci. Mial tez dziecko z inna niewolnicą. Zadnego nie uznal, zadnego ”nie uwolnil” ( jezeli matka byla niewolnicą to dzieci rowniez mialy status niewolnika). Wiadomo o tym tylko dlatego, ze wszyscy byly chrzczeni i sa zapisy w archiwach koscielnych (przypomne ze nawracanie na wiare katolicka bylo obowiazkiem Kreola). Podobno potomkowie z tego zwiazku zyja do dzis. Przyjechali kiedys na plantacje … i dostali wejscie za darmo 😀