To mial byc najwazniejszy punkt naszego pobytu w Peru. Trekking krolewskim szlakiem Inkow ze stolicy w Cusco (zaczynal sie wlasciwie 82km od Cusco) do Matchu Picchu. Troche sie go obawialismy bo juz z opisu wynikalo ze trzeba miec dobra kondycje zeby go przejsc. A my kondycyjnie mamy jeszcze sporo do poprawy ze tak politycznie napisze ☺️

Wyjazd busikiem z Cusco na ten 82 km zaplanowany o 3 rano i przez najblizsze dni bedziemy wstawac o 5 a ostatniego dnia ponownie o 3 rano. Na miejscu startu mamy zapewnione sniadanie w pobliskim domu a potem udajemy sie na spotkanie z naszymi porterami, ktorzy przez caly trekking beda dzwigac i przenosic na swoich plecach cale obozowisko, jedzenie, kuchenne sprzety, przenosna toalete oraz dodatkowo kazdy turysta moze oddac im do noszenia swoje 4 kg wyposazenia. Wszystko po to, aby turysci mogli przejsc ten szlak „na lekko”, tylko z malymi plecaczkami. I tak bedzie nam sie ciezko wspinac na tak duzych wysokosciach.

Zeby wejsc na szlak czekamy w kolejce do kontroli pozwolen. Wygladalo to troche jak odprawa paszportowa tylko ze nie trzeba bylo nic mowic. Kontroler sprawdza paszaport i czy dana osoba jest na liscie pozwolen. Dzienne na ten szlak moze wejsc tylko 500 osob, z czego 300 osób to tragarze. Wiec dla turystow zostaje 200 miejsc. Taka kontrole bedziemy przechodzic codziennie w wyznaczonych miejscach na szlaku.



Pierwszy dzien jest opisany w mapce ktora dostalismy jako srednio ciezki. Do przejscia jest 14 km w 6-7 godzin ale bedziemy chodzic na nizszych wysokosciach niz Cusco. Tego dnia widzimy też pierwsze ruiny inkaskie – Llactapata. To kamienne budynki i uprawne tarasy, ktore wskazuja ze bylo to miesce ktore mialo dostarczac zywnosc do Matchu Picchu. Glownie w kukurydze – ziemniaki podobno w tym miejscu nie chcialy rosnac. Duzo kamiennych budynkow wskazuje ze mieszkala tam klasa wyzsza – arystokracja i kaplani ( tzw. Nobilites). To byla najwyzsza klasa po samym krolu (Inka) i jego rodzinie (Royalsi). Na wzgorzu znajduje sie rowniez wieza, ktora pelnila funkcje oltarza albo wiezienia.



Tego dnia mamy rowniez krotki przedsmak tego co nas czeka w kolejnym dniu czyli strome podejscie ze schodami pod góre. Generalnie robimy tylko 14km ale dochodzimy do pierwszego kampingu dosyc zmeczeni. Ale zanim pojdziemy spac czeka nas uczta. Podobnie jak na lunch wjechalo okolo 6 dan glownych na raptem 7 uczestnikow. Pomimo ze wszystko bylo pyszne dosyc sporo zostalo. Na deser dobili nas goracymi brzoskwiniami w plynnej czekoladzie. I tak z mocno przepelnionymi zoladkami idziemy spac do swojego namiotu, z ktorego mamy niesamowity widok na przeciwlegla gore.




Drugi dzien zaczyna sie od obfitego sniadania. Jest omlet, salatka owocowa, ciasto, goraca owsianka w wersji do picia, jogurt. Na droge dostajemy jeszcze po marakuji, migdalach w czekoladzie i ciasteczkach. Uzupelniamy tez bidony w wode bo zapowiada sie sloneczny dzien. Potem jest juz tylko gorzej. Trasa idzie non stop w górę po kamieniach albo schodach, ktore sa dosyc wysokie jak na Inkow (Inkowie byli niscy ale podobno czesc szlaku byla odbudowywana). Tego dnia mamy zrobic 1200m przewyzszenia a ostatnie metry beda do pokonania na wysokosci 4200m. Po Rainbow mountain nie boimy sie wysokosci bo mamy aklimatyzacje ale kazdy krok stawiamy z wysilkiem a po kilku zatrzymujemy sie zeby uspokoic zadyszke. I tak mija 5 godzin z dwoma postojami. Az w koncu stajemy na przeleczy zmarlej kobiety – to najwyzsze miejsce na calym szlaku. Nie wspomnilam ze nasza ekipa jest dosc mloda i wysportowana wiec nie podoba nam sie bardzo narzucone tempo podchodzenia i postanawiamy kontynuowac dalsza trase we wlasnym towarzystwie 😀 Okazja do wykazania sie pojawia sie przy zejsciu z przelaczy gdzie dosc stromo trzeba zejsc … no po czym … wiadomo ze po kamiennych schodach i kamieniach. Tutaj wysuwamy sie na czolo peletonu i jako drudzy dochodzimy do naszego drugiego campingu. A ze trasa byla dosyc krotka tego dnia (jedyne 10km) to na campingu dostajemy i lunch i po paru godzinach kolacje. Jak zwykle kucharz przechodzi sam siebie. Sa ryby, miesa, specjalne dania dla wegetarian ( nasi koledzy z Qebecu sa pesterianami). Ale przed kolacja dodatkowa niespodzianka- dostajemy pianki marsallow i ogien zeby sobie je na nim opalic. A deser ? – flambirowane banany 😀






Ps. Tomek zakolegowal sie z jednym z naszych porterow (tragarzy) o imieniu Jezus, ktory poczestowal go swiezymi liscmi koki na trasie. A w obozie, gdy nie bylo jeszcze rozstawionego dla nas namiotu przygotowal nam z własnej inicjatywy materace do spoczynku. To bylo strasznie mile z jego strony. Szkoda ze nie mam zdjecia Jezusa 😐
Ps2. Drugiego dnia spimy na jednym z ladniej polozonych campingow – Paquaymayi – ktory wieczorem i rano lezy ponad chmurami

Ps3. Tutaj juz wiosna i wszystko kwitnie. Choc pewnie w zimie tez przyroda w rozkwicie bo w koncu jestesmy gdzies na poziomie równika 🙂


