Archiwum miesiąca: listopad 2025

Wyspy Ballestas i rezerwat Paracas

Po ostatnich dniach pelnych adrenaliny dzisiaj mamy wycieczke emerycką. Najpierw plyniemy motorowka zobaczyc wyspy Ballestas znane jako habitat ptakow, pingwinów Humboldta i lwow morskich. Potem pojedziemy na najbardziej znane plaze i klify rezerwatu Paracas.

Od Nazca przebywamy juz w klimacie pustynnym. Temperatura powietrza w ciagu dnia dochodzi do 24 stopni (wyjatkiem byla oaza Huachina bo tam bylo powyzej 30) ale w nocy spada do 15. Niby juz dosyć ciepło ale na lodke ktora plyniemy rano zabieram goretex i sweter i jest to bardzo dobra decyzja. To samo doradzilam Tomkowi przewidujac ze na motorowce będzie mocno wiało zimnym powietrzem. Wzial.. szkoda tylko ze nie zalozyl 😁

Troszke wiało az mi okularki przekrzywiło 😂

Wyspy Ballestas to kilka skalistych wysepek niedaleko miejscowosci Paracas. Wyspy te sa niezamieszkale i w całosci opanowane przez ptaki. Kormorany, gluptaki, rybitwy wąsate i inne. Pelikany tam przelatywały ale nie wygladalo aby tam nocowaly. Oprocz ptakow mamy tam jeszcze lwy morskie, ktory wygrzewaly sie na co mniejszych skałkach. No i najwieksza atrakcja tego miejsca – pingwiny Humboldta zwane tez pingwinami peruwianskimi, ktore z rowna ciekawoscia przypatrywaly sie nam co my im.

Rybitwa wąsata
Ten łuk jest podobno w ksztalcie twarzy Jezusa

Wyspy Ballestas w XIX w byly wazna czescia gospodarki peruwianskiej gdy pozyskiwano z nich guano. Odchody ptakow stanowily naturalny nawoz bogaty w azot i byl to wazny produkt eksportowy. Wiek pozniej zasoby guano sie wyczerpaly ale podobno do dzisiaj co 7 lat zbiera sie guano z tych wysp w tradycyjny sposob ( wiadrami) ale juz z przeznaczeniem na lokalny rynek.

Tylu krabów na metr kwadratowy dawno nie widziałam 😀

Po oplynieciu wysp wracamy do portu w Paracas i wjezdzamy do rezerwatu. Krajobraz pustynny przeplata sie tutaj z widokiem na ocean, ktorego barwa wody mieni sie od lazurowej do intensywnej niebieskiej. Po rezerwacie mozna jezdzic rowniez malymi, dwuosobowymi buggy ale wowczas wizyta tutaj koncentruje sie na jezdzie, a my cieszymy sie ze mozemy pobyc na punktach widokowych dluzsza chwile i nacieszyc sie widokami.

Ta skala sie nazywa Catedra… kiedys byl luk laczacy ta skale z ladem ale w trakcie trzesienia ziemi sie zawalił

Dojezdzamy rowniez do plazy na ktorej mozna sie kapac. Jest weekend i sporo Peruwianczykow tutaj przyjezdza poplazowac. Grupy turystow w kurtkach wygladaja dziwnie posrod tubylcow opalajacych i kapiacych w morzu. Tomek sie wykapal, ja tylko do kolan bo woda byla w temperaturze Baltyku 😀 Powoduje to zimny prąd Humboldta ktory doplywa do zachodniego wybrzeza Ameryki Poludniowej dostarczajac zimną wodę z Antarktydy. No i mielismy tylko 10 min na kapanie wiec wizja powrotu na parking w mokrym stroju na tym wietrze wydała mi sie mało opłacalną inwestycją.

Z ciekawostek w rezerwacie mieszka mala spolecznosc zyjaca glownie z rybolostwa i turystyki, ktora tutaj sie osiedlila killadziesiat lat temu. Tutaj podobnie jak w Argentynie jest prawo, ze jak sie ktos osiedli (wybuduje dom) to juz nie mozna go eksmitowac. Takie zawlaszczenie ziemi poprzez zasiedzenie. Dlatego by chronic ten obszar przed „zasiedleniem” stworzono tutaj rezerwat, ktory chroni to miejsce przed nowymi dzikimi lokatorami.

Miasteczko Paracas

Nazwa miejscowosci Paracas oznacza w jezyku ketczua „deszcz piasku” ze wzgledu na stale wiejace tutaj wiatry, ktore unosza piasek w powietrze i jak ten piasek opada to wyglada to jak deszcz 😀

Bulki przyjezdzaja pod dom 😀

Paracas to bardzo przyjemna miejscowosc nadmorska. Nie za duza, niska zabudowa, sporo nowych domow i restauracji. Wlasciwe te nowe domy stykają sie z tymi starymi, ktore czasami nawet nie maja dachu tylko są poprzykrywane jakimis plandekami.

Ale ciut dalej od glownej ulicy i deptaku znalezlismy domowa restauracje, na 3 stoliki, w ktorej dania gotowala gospodyni a wszystkie dania gotowane sa dopiero wtedy kiedy ktos przyjdzie. Tomek zamowil stek dla biedaka (to jakas tradycyjna potrawa peruwianska) i bylo to najlepiej przyrzadzone mieso jakie Tomek jadl (no moze poza argentynskim asado ale tego juz chyba nic nie przebije 😀). Ja zamowilam lokalna zupe Parihuela i choc gospodyni ostrzegla ze nie ma owocow morza w lodowce i bedzie gotowac na samej rybie to i tak byla pyszna. Do kazdego dania byl dodany kawaleczek ostrej papryki (naprawde ostra 🌶️) oraz ryż. Tutaj ryz dodaje sie do praktycznie kazdego dania. Jeden przewodnik mowil ze Peruwianczycy jedza wiecej ryzu niz Chinczycy 😁 Do mojej zupy oprocz ryzu dodawalo sie smazona kukurydze ale tutaj dodaje sie ją zawsze do potraw ze swiezych ryb albo jako przekaske na czas oczekiwania na danie.

Restauracja Pukasoncco

Jest tutaj tez tradycyjny deptak przy morzu, gdzie sa restauracje i stragany z pamiatkamk. Zakupilismy zatem pamiatkowe koszulki z rysunkami z Nazca. Tomek ma kolibra a ja małpę 🤪

W Peru maja bardzo dobra peruwianska kawe oraz dobrej jakosci ziarna kakao. Ale czekolada jest tutaj bardzo droga i traktowana jak produkt luksusowy. Sprzedawana jest w sklepach z alkoholem lub specjalnych stoiskach. Nawet w duzych marketach trudno ja kupic.

Testujemy peruwianska kawe Puerto. Pyszna, tak samo jak brownie 😋

Ania wszystkiego najlepszego z okazji urodzin ! 🥳 🎈🎂 Duzo szczęścia, zdrowia, czasu dla siebie oraz satysfakcji z pracy. Wyjazdów dalekich i tych blizszych, krotszych i dluzszych. Sciskamy mocno z południowoamerykanskiej ziemi ♥️

Ps. Jestesmy tutaj poza sezonem wiec mieszkamy w wypasionym hotelu Betani. Tak wyglada nasz taras 🙂 Kazdy hotel w Europie by sie nie powstydzil takiego standardu🙂

A to jest najczestsze sniadanie ktore dostajemy w hotelach – jajecznica, kawa, swiezo wyciskany sok, avocado, kilka plasterkow szynki i sera, owoce

ps2. A tak wyglada chicha dla lokalsow, ktora znajduje sie w tych butelkach po napojach 1,5l. Kusi zeby sprobowac ale poniewaz wiemy ze moze sie nie przyjac w naszych organizmach a samolot powrotny juz niebawem to chyba nie zaryzykujemy😀

Lima – Barranco

Juz jestesmy z powrotem w Limie. Jeszcze rozwazalismy trekking w gorach Cordyliera Blanca ale to troche daleko od Limy i moglibysmy nie zdazyc wrócić na samolot 😀 Mamy zatem czas aby zobaczyc inna polecana dzielnice w Limie – Barranco.

Barranco to obszar nad wybrzezem graniczący z Miraflores. I jest to niechybnie najprzyjemniejsza z dzielnic w Limie. W XIXw. budowali tutaj wille zamozni mieszkancy Limy. Do dzisiaj mozna ogladac tutaj wystawne wille z tamtego okresu choc czesc z nich nie jest zamieszkala i niestety niszczeje.

Dzisiaj dzielnica Barranco jest znana jako dzielnica artystow. Ten klimat czuc glownie niedaleko glownego placu wsrod roznokolorowych, niewysokich budynkow w ktorych sa male restauracje i kawiarnie. Jednym z popularniejszych miejsc tutaj jest mostek westchnien przy kosciele La Ermita. Po trzesieniu ziemi kosciolowi zawalil sie dach i w takim tez stanie stoi do dzisiaj. Kolo kosciola biegnie tez jedna z najladniejszych uliczek tutaj prowadzaca do punktu widokowego na wybrzezu.

Kosciol La Ermita

W Barranco mozna rowniez plazowac bo na plazy jest piasek. Chwile dalej wybrzeze robi sie bardziej kamieniste i tutaj nikt juz sie nie kapie. Mijamy restauracje Rustika i idac dalej w kierunku Miraflores jakbysmy sie znalezli w innym swiecie. Baraki i rudery ktore wygladaja jakby dwadziescia, moze trzydziesci lat temu byly restauracjami lub lokalami np. do tanczenia. Dzisiaj te rudery straszą na wybrzezu co moze oznaczac ze nikt specjalnie tędy nie chodzi.

Niedlugo pozniej rozwiazujemy tą zagadkę dlaczego tedy nikt nie spaceruje. Zeby wrocic do Miraflores z Barranco przy plazy nalezy przejsc w polowie trasy mostkiem nad autostradą a pozniej isc jeszcze przez dluzsza chwile przy tej autostradzie na wydzielonym dla pieszych pasie. Slabo to ktos wymyslil wiec i chetnych nie ma za duzo na tej trasie 😀

ps1. W peruwianskich Andach wystepuja niedzwiedzie ale takie male. Wygladaja podobno jak mis Paddington. Oczywiscie w sensie wielkosci, nie ubranka 🙂

ps2. Znowu nas slonce oszukalo. Niby nie swiecilo a przyszlismy cali ogorzali ze spaceru. I stad ochota na zupe bo chyba bylismy odwodnieni a ze mielismy po drodze knajpke japonska padlo na ramen 😀 I wrocily mile wspomnienia z Japonii przy okazji 🙂

ps3. Nad miastem lataja duze ptaki z rodziny kondorowatych – Sępniki czarne. Maja status tutaj golebi i sa padlinozercami jak sępy 😀 Co prawda nie podchodza do ludzi ale siadaja na pobliskich drzewach i dachach.

Lima – Larco muzuem, ceviche i Pisco Sour

Dzisiaj spedzamy ostatni dzien w Peru. Jutro wsiadamy w samolot i wracamy do domu. Lima ma cztery warte zobaczenia dzielnice : Miraflores, Barranco, Dzielnice historyczna i San Isadores. I to w tej ostatniej nas jeszcze nie bylo ale bedzie okazja ja zobaczyc gdzie bedziemy przygotowywac najpopularniejsze danie czyli ceviche oraz najpopularniejszy peruwianski drink pisco sour pod okiem szefa kuchni Jose Antonio.

Ale wczesniej idziemy zwiedzic muzeum Larco. Jedziemy tam autobusem publicznym i po raz kolejny sie przekonuje, ze prowadzenie samochodu tutaj a co dopiero autobusu wymaga oczu dookola glowy i stalowych nerwow. W dodatku wiekszosc czasu stoimy w korkach. Z powrotem zabieramy sie uberem to skrocimy czas o polowe. Muzem miesci sie w pieknym, zabytkowej rezydencjj z XVIII w. Zawiera ponad 45 tys obiektow muzealnych, z ktorych wiekszosc to ceramika, bizuteria, tkaniny z okresu przedkolumbijskiego majace az do 5000 lat.

Te najcenniejsze okazy ceramiczne wystawione sa w szklanych gablotach, na czarnym tle podswietlone klimatycznym swiatlem. Pozostale dziesiatki tysiecy ceramik zostaly skatalogowane i upchniete w duzych szafach. Najwieksze wrazenie robia ozdoby na glowe, w ktorych posmiertnie chowana bogatych indian oraz obiekty ze srebra i złota.

Kipu

W muzeum jest dedykowana sekcja poswiecona erotycznym ceramikom. Wiekszosc z nich to naczynia z ktorych pilo sie wode. Jest to prywatne muzeum w rodzinnej rezydencji Rafaela Larco Hoyla, ktory byl archeologiem i latach 30tych XXw zalozyl to muzeum na bazie wykopanych znalezisk badz skupowanych od innych ludzi artefaktow. W tych czasach nie bylo jeszcze prawa dot. znalezisk archeologicznych i wykopane lub znalezione obiekty nalezaly do jego znalazcy.

W czasach prekolumbijskich robiono juz trepenacje czaszki. I podobno jakas czesc nawet przezywala operacje i zyla dalej.

Na popoludnie mielismy zaplanowane warsztaty kulinarne. Ale poniewaz byla nas tylko dwójka to nasz kucharz zamiast do swojej restauracji zabral nas do swojego domu i swojej kuchni. A mieszkal w pieknym, dwupoziomowym apartamencie, w ktorym z kazdej strony mial duze okna. Bardzo nowoczesnie i przytulnie urzadzony. No trzeba przyznac ze ci lepiej zarabiajacy Peruwianczycy zyja tutaj w bardzo przyzwoitym standardzie. Ale nasz gospodarz Jose Antonio jest nie tylko wlascicielem restauracji ale rowniez wlascicielem winnicy produkujacy slynne Pisco czyli peruwianski alkohol z winogron. Winnice ma oczywiscie w rejonie miasta Pisco bo tylko alkohole z tamtejszych winnic moga uzywac tej nazwy.

Na start degustujemy owoc tumbo. Smakuje jak mniej slodka marakuja. Podobna tez ma konsystencje w srodku. Pozniej probujemy michunki peruwianskiej. Ta juz znamy bo w hotelu w Cusco dostawalismy ja do sniadania. No i zaczynamy gotowac pierwsze danie – tatara z tunczyka. Do swiezego tunczyka dodajemy sosu sojowego, oleju sezamowego, soli, soku z polowki limonki i kawalkow avocado. Na koncu posypujemy bialym sezamem. I po chwili mozna sie tym juz zajadac. Swiezy tunczyk zawsze jest pyszny. To danie pochodzi od rybakow, ktorzy takiego tatara przyrzadzali sobie od razu na lodzi i przygryzali krakerskami. Te krakersy w potrawie zostaly do dzisiaj.

Pozniej testujemy maceraty robione z pisco. To juz wyroby ktore produkuje nasz gospodarz. Sposrod 3 smakow wybieramy dla siebie ten, z ktorego bedziemy przyrzadzac swoje pisco sour. Ja wybieram macerat z michunki peruwianskiej (golden berry) a Tomek z maracuji.

Zeby przygotowac drink pisco sour oprocz oczywiscie pisco potrzebujemy limonek oraz bialka z jajek. To wszystko miesza sie razem na kostkach lodu.,Potem przelewa przez sitko i na koniec dodaje 3 krople ziolowej gorzkiej nalewki (cos ala angostura). I o to mamy najpopularniejsz drink w Peru. Zreszta nie ma sie co dziwic ze jest taki popularny – jest lekko kwaskowy, nie za slodki z lekko wyczuwalnym alkoholem. A gdy uzywamy mecarat zamiast czystego pisco nie trzeba go nawet slodzic bo cukier jest skumulowany w owocach, z ktorych dany macerat pochodzi.

Potem przyszedl czas na danie glowne czyli ceviche. Bedziemy je wykonywac z languado czyli z soli. Jest to jedna z drozszych ryb tutaj i ze wzgledu na delikatne mieso wykorzystana czesto do ceviche. Zasada generalnie jest taka, ze musi to byc biala ryba i oczywiscie swieza.

Do pokrojonej soli najpierw dodajemy dwa kawalki papryczki chili (ahi) i mieszamy. Potem pol lyzeczki soli i mieszamy. Nastepnie dodajemy pokrojona czerwona cebule, ktora wczesniej pognietlimy troche z sola zeby puscila sok. Nastepnie sok z dwoch limonek. I na koncu pokrojona kolendre. I ten zestaw przetrawia sie ze soba jakies 5 minut i danie gotowe!

Do ceviche zawsze dodaja w restauracji smazone ziarna kukurydzy i batata. Tutaj zamiast batata dodajemy chipsy z banana. Te dodatki maja zbalansowac ostrosc i kwaskowosc potrawy. Bardzo nam smakuje to danie, nawet Tomkowi ktory za surowa ryba nie przepada😀

Po lewej pisco (40%) a po prawej macerata z pisco i miechunka peruwianska (22,9%)

Na odchodne zakupujemy jeszcze maceratowe pisco z michunki peruwianskiej i wracamy do naszego hotelu w Miraflores. I to juz jest naprawde koniec naszych wakacji i ostatni wpis na blogu 😢 No moze jeszcze jezeli czas na lotnisku pozwoli skrobne jakis post z podsumowaniem calego tripu po Peru.

Adios Peru

Czas na krotkie podsumowanie. To byly intensywne cztery tygodnie. Nic dziwnego ze wiekszosc turystow tutaj to mlodzi ludzi bo trekingi po gorach wymagajace oraz duzo atrakcji z adrenaliną w tle. Rowniez baza noclegowo-hostelowa w duzej mierze przygotowana pod mlodziez z barami i dyskotekami na dachach. Peru wydaje sie dosyc bezpiecznym krajem o ile nie wsciubia sie nosa wieczorami w dzielnice, o ktorych pisza zeby nie wchodzic. Pewnie dlatego podrozuje tu solo bardzo duzo mlodych kobiet. Z uwagi no to, ze podrozuje sie tutaj glownie autobusami a do atrakcji tez trzeba jakos dojechac korzysta sie tutaj ze zorganizowanych wycieczek, na ktorych tez mozna w bardzo naturalny sposob poznac nowych znajomych.

Natomiast na pewno trzeba korzystac z aplikacji Whatsup. Rezerwacji hotelu mozna dokonac przez booking, wycieczki przez GetYourGuide czy tripadvisor ale pozniej i tak wszyscy kontaktuja sie z Toba poprzez Whatsup. W wiekszosci miejsc mozna placic karta ale czesto doliczana jest dodatkowa oplata 5% za ta przyjemnosc. Bankomaty zreszta byly podobnie bezlitosne – od 28 do 35 zl za jednorazowa wyplate. Zdarzalo sie ze wymagana byla jedynie gotowka ale byly to zazwyczaj prywatne pensjonaty, wejscia do parkow i oczywiscie toalety 🙂

Jezyk. Oczywiscie przydalby sie hiszpanski bo angielskim poslugiwano sie jedynie w hotelach. Ale Peruwianczycy sa na tyle sympatyczni ze zawsze udalo sie porozumiec pojedynczymi slowkami lub tez pokazujac rekami czego sie potrzebuje. Zupelnie nie przydal sie kurs Duolingo, ktory przez 2,5 miesiaca codziennie wykonywalam. Bardziej przydatne bylyby liczebniki od 1 do 100 i doslownie kilka podstawowych zwrotow.

Bezdomne psy. Jest ich tutaj bardzo duzo. Wszystkie przyjaznie nastawione do ludzi wsrod ktorych zyja na co dzien. Mialy tez swobodny wstep do knajp gdzie znaczaco pukały nas nosem po udach chcac wymusic zrzucenie jakiegos jedzenia.

Ceny. Ceny jedzenia w wiekszosci bardzo porownywnalne z Polska choc mozna bylo tutaj dobrze zjesc juz za 10zl dobrego burgera lub kilka empanadasow. Ale danie w restauracji to raczej wydatek 40-70zl. Latwo sie przeliczalo sole na zlotowki bo kurs „prawie” jest 1:1. Duzo tansze niz w Polsce byly z kolei hotele, ktore w cenie zawieraly bardzo porzadne sniadanie. Jezeli chodzi o rekodzielo i pamiatki to jak wszedzie duzy zalew produktow z Chin. Na pewno oryginalne są tutaj wyroby z welny alpaki wiec czapki i swetry to niechybnie najlepsza pamiatka. Ja kupilam tutaj sweter ale ze sklepu Banana Republik wiec chyba się nie liczy 😂

Jedzenie. To zdecydowanie mocny atut Peru. Nie przez przypadek znajduje sie tutaj najlepsza restauracja na swiecie – Maido w Limie. Serwuje dania ktora sa skrzyzowaniem tradycyjnej kuchni peruwianskiej z kuchnia japonska zwane Nikkei. Nam tutaj naprawde wszystko smakowalo. Najwiekszy wypas dostawalismy na Inca Trail ale moje serce i tak skradlo w Peru ceviche. Bardzo duza uwage zwracaja tutaj na organiczne pochodzenie zywnosci i moze to tylko moje wrazenie, ale zdecydowanie wyprzedzaja pod tym katem Europe, Ameryke Polnocna i Azje razem wzięte 😆

Owoce. Nigdzie na swiecie nie jedlismy tak pysznych i dojrzalych owocow jak tutaj. Wystarczy wejsc na targ, market czy zwykly sklepik i kupic sobie dojrzala marakuje, mango, banany czy papaje i nie zaplacic za to fortuny. Jeden owoc marakuji kosztowal 1zł i jak sie okazalo mozna go spokojnie zabierac do plecaczka i jesc bez uzycia noza 🤤 Praktycznie na kazde sniadanie dostawalismy swiezo wyciskany sok z pomaranczy czy ananasa oraz owoce. All inclusive w Europie moze sie schowac.

I to by bylo na tyle. Amazonie odpuscilismy bo nie mielismy szczepien. Podobno bardzo atrakcyjną destynacją jest Ekwador wiec mamy nadzieje jeszcze powrocic na kontynent Ameryki Południowej.

Ps. Przy przesiadce w Madrycie nie zdazyli przepakowac naszych bagazy. Mamy nadzieje ze w ciagu 3 dni wysla je juz do domu w Tyncu. Wyladowalismy zatem w Londynie tylko z podrecznym bagazem w ktorym mielismy tylko to co musi byc w podrecznym czyli elektronike i to co sie juz nie zmiescilo do glownego plecaka. Ja wracalam w pelnych butach, z dwoma swetrami i dwoma kurtkami w plecaczku. Tomek ktory ma zawsze wiecej miejsca w swoim plecaku wszystkie cieple rzeczy mial w bagazu. Na sobie mial sandaly i jedynie cienka koszule 😧 O dziwo Tomek wszedl w mój zielony sweterek 😂 Musze dodac ze w Londynie musimy jeszcze zmienic lotnisko, dolecieć do Poznania i dopiero stamtad pociagiem do Wroclawia bo we Wroclawiu lotnisko zamkniete. A temperatura tutaj to okolo 1 stopnia 😬, a w Poznaniu i Wroclawiu bedzie juz na minusie 🥶

ps2. Dziwna sprawa. Moj paszport ladnie skanuje sie na londynskim lotnisku a Tomka nie. Musi udawac sie do celnika ktory potwierdza ze to on jest na zdjeciu. Mamy podejrzenie ze to fryzura sie nie zgadza automatowi bo w paszporcie ma krociutkie wlosy.

A takie super skanery bagazu podrecznego w ksztalcie silnikow samolotowych maja na lotnisku w Limie

ps3. To juz taka notka do mojego pamietniczka. Z Peru wracalismy Airbusem A350 hiszpanskiej linii Iberia i chociaz jedzenie bylo lepsze niz w drodze do Limy (bo zabrane z Limy 😄) to siedzenia byly mniej wygodne niz w Boeingu 787 ktorym lecielismy w pierwsza strone 🙂 No i Iberia nie zdazyla z naszymi bagazami co nam sie dopiero pierwszy raz przydarzylo w dalekiej podrozy a latamy juz co nie co 😁

I to juz naprawde koniec naszych przygod w Peru😁