Archiwum miesiąca: grudzień 2016

Milford Sound

Milford Sound to najpopularniejsze turystycznie miejsce na południowej wyspie. To zatoka z fiordami, która została wyrzezbiona przez wpadające do oceanu lodowce. Można je podziwiać albo z morza albo z powietrza … wiec dzisiaj był rejs stateczkiem.

Z rzeczy charakterystycznych tego miejsca to głównie opady i chmury. Co trzeci dzien w roku tylk tam nie pada. U nas na chwile wyszło słonce!


I ulubiona rozrywka kapitanów statków – podpływanie pod wodospady. Ci co sie nie zorientowali w porę… musieli do konca rejsu suszyc ubranie;)

Po drodze spotkalismy słynne papugi górskie Kea. To te co sie nie boją ludzi i zawsze próbują im coś ukraść.

Pingwiny, ktore jeszcze rano widziano w zatoce, podobno sobie odpłynęły na zimniejsze wody. Delfiny i wieloryby nie raczyły się pokazać. Jedynie na foki można zawsze liczyć 😉

Clay Cliff, Mount Cook Village

Troche sie zasiedzielismy w Queenstown ale juz wyruszamy w podroz do ostatniego przystanku w Nowej Zelandii czy Christchurch. Po wyjezdzie z miasta zahaczylismy o słynny most, z ktorego ludzie skaczą na bunge. To miejsce to taka mała fabryka skoków bungee- co kilka minut skacze jakisktos, albo nawet w parze. W budynku obslugujacym klientow leci transmisja na zywo pokazujace te skoki. W sumie otoczenie bardzo fajne do skoku – stary most, kanion i niebieska rwaca rzeka w dole. Jedynie cena nam sie nie podobala (200 NZD) bo w tej cenie mozna skoczyc ze spadochronem wiec zamiast skoku kupilismy sobie pamiatkowego koszulki. I nagralismy na wideo skok chlopaka bardzo podobnego do Bartka Izy … moze zapuscil brode?;)

Po drodze byly klify Claya. Takie wapienne skały wyrzeźbione przez wiatr i wode. Wszyscy turyści ktorzy tam byli szukali jakis hobbitów i pytali sie czy widzielismy jakies 😉 Co ciekawe te skały leza na prywatnej posesji wiec wlasciciel na furtce poinformowal o tym fakcie, poprosil o poszanowanie otoczenia i wystawil cennik wraz z skarbonka za wjazd. Nawet byla pełna.

Na koniec dnia pojechalismy zobaczyc Mount Cook czyli najwyzsza górę NZ. Juz raz nam sie schowala od strony lodowcow wiec tym razem podjechalismy z drugiej strony od Mount Cook Village. I tym razem znowu to samo. Jak dojechalismy do wioski temperatura spadla o 10’C, zaczal padac ulewny deszcz, wokół ładnie odsloniete szczyty tylko sam Mnt Cook w chmurach. No trudno…

tam na środku powinno byc widac Mt Cook, a widać tylko kawłek jego dolnej części ;(

Przynajmniej sama droga byla piekna przy jeziorze o podejrzanie niebieskim kolorze. Wygladalo tak jakby sie na niego patrzylo w polaryzowanych okularach… a faktycznie mialo taki odcień.

No i nasz ostatni camping pod namiotem w NZ nad jeziorem OPuha (na ostatnie noce mamy wykupiony pokoj w Christchurch).

Ps. Zuzylismy (wlasciwie ja zuzylam) caly wykupiony internet wiec zdjec nie bedzie chyba ze jakis hot spot nam to umozliwi 😉

Kraina Otago, Christchurch

Ale zacznę od kilku słów na temat uczynności Kiwi czyli Nowozelandczyków. Ledwo wpakowalismy sie do namiotu poprzedniego wieczora (bo strasznie zaczelo wiać) a tutaj podchodzi z campera pan i mowi zebysmy przeniesli sie dalej od jeziora i blizej krzaków bo bedzie mocno wiało tej nocy. Wlasciwie to mozemy sie rozbic kolo krzakow i jego campera to wowczas juz z dwoch stron bedziemy oslonieci. Potem przyszedl sprawdzic jak nam idzie przenoszenie namiotu i zaoferowal mlotek patrzac jak wbijamy szpilki. Na koniec zyczyl nam dobrej nocy i zaoferowal ze w razie czego mozemy do niego uderzac o pomoc. Co ciekawe jak sie dowiedział ze jestesmy z Polski to powiedzial ze to dobrze bo jestesmy przyzwyczajeni do zimna. A ja mu na to ze nie bardzo 😉 Rankiem przyszedl sie zapytac jak minela noc, pozegnal sie i pojechal sobie swoim truckiem 🙂 To budujące uczucie widziec taką bezinteresowna pomoc i troske o drugiego czlowieka. Fajny ten naród… choć odpowiadanie w kazdym sklepie jak sie mamy i czy wszystko w porzadku jest troche meczace:)

Droga do Christchurch wiedzie poczatkowo przez kraine Otago. Juz za Queentstwon krajobraz sie zmienil… i po raz pierwszy zamiast zieleni krolowała zółc. Poczatkowo wygladało to jak stepy, pozniej doszly setki łubinów w kolorze filetowym i na koncu zielono-niebieski kolor mijanych jezior w otoczeniu osniezonych szczytow niwozelandzkich Alp (niestety nie mozemy pokazac juz zadnych zdjęć bo zespulo sie wgrywanie zdjec na bloga ;( Na koncu kraina sie wyplaszczyla (a to rzadkosc w NZ) i zaczelismy widziec pola uprawne. To oznaczalo wjazd do krainy Canterbury i bliskosc naszego celu czyli Christchurch.

To jedno z ladniejszych (o ile nie najladniejsze) miasto w NZ. Pomimo dużych zniszczeń spowodowanych trzesieniem ziemi (tym sprzed kilku miesiecy, jak i jeszcze tym sprzed kilku lat) miasto ma swoj klimat. Niby jak w Wellington przeplataja sie stare i nowoczesne budynki ale poniewaz ma szerokie ulice i deptaki zupelnie inaczej odczuwalna jest tutaj przestrzen. Bardzo fajnie sie spaceruje po miescie pomimo dzwigow, zamknietych ulic i trwajacych remontow. Najsmutniej wyglada zniszczona katedra, ktora wsparta slupami czeka na odbudowe. Podobno rozwazana jest budowa nowej katedry gdyz zniszczenia sa poważne … co zreszta widac gołym okiem ;(


Po „starówce” kursuje stara linia tramwajowa wygladajaca jak wroclawski Jas i Malgosia. W starej zajezdni natomiast urzadzono centrum restauracyjne wiec mozna podjechac prosto pod drzwi restauracji lub do kawiarni.

Jednym z popularniejszych miejsc jest centrum ReStart Mall gdzie na miejscu zniszczonych sklepow postawiono tymczasowe kontenery i w nich prowadzony jest biznes. Pomalowane sa na rozne kolory i choc mialy byc tymczasowe to sa tak popularne ze pewnie juz zostana. I to jest niesamowite ze miasto pomimo tak duzych zniszczen jest bardzo optymistyczne: zniszone budynki sa ogradzane kolorowymi płotami,w miejsce zburzonych budowli sa tworzone parkingi dla turystow a na szczycie muzeum jest napis ” Everything is going to be alright” czyli wszystko będzie dobrze! I tak trzymać!

Ps1.Queenstown to miejsce gdzie znaleziono pierwsze siedliska Maorysów ale dzisiaj na wyspie poludniowej wlasciwie nie spotykamy Maorysów (w przeciwienstwie do wyspy północnej i jej czesci polnocnej)

Ps2. Skonczylo nam sie miejsce na serwerze wiec juz zdjec nie bedzie ;( Juz we wroclawiu wstawimy je wstecznie ku pamieci 😉

Półwysep Banksa i Akaroa

Półwysep Banksa to powulkaniczna kraina leżąca około 80 km od Christchurch. Krajobraz bardzo zblizony do wyspy pólnocnej – soczysta zielen, pofałdowana droga i wzgorza siegajace do 700 m nad poziomem morza.

Perłą tego regionu jest miasteczko Akoroa, ktore zostalo zalozone przez francuskich osadnikow. Sa tutaj zatem francuskie nazwy ulic, domki z werandami w stylu prowansalskim i sklepiki o francusko brzmiacych nazwach. Z przystani odplywaja statki oferujace plywanie z delfinami Hekota… ale poniewaz wieje przerazliwie zimny wiatr mało maja chetnych. Do miasta mozna dojechac alternatywna droga turystyczna ktora wiedzie grzbietami pobliskich wzgórz. Tak tez zrobilismy .

Ps. Jutro opuszczamy NZ (jak to szybko zleciało!) i lecimy do Sydney. Dzien wiec spedzimy na sprzataniu samochodu, pakowaniu plecaków … i fru do Australii;)

New Brighton

Jako ze pakowanie sprawnie poszło przed odlotem zahaczylismy jeszcze o plaze w New Brighton. Tutaj jest nadal przed sezonem (bo wszyscy sie przygotowuja do swiat) wiec bylo spokojnie i sielsko. Chyba tutaj zawsze mocno wieje bo sa szkoly windsurfingowe i sklepy z latawcami.

I tak konczy sie nasz pobyt w NZ.

Ps. Na myjni samochodowej znajdowala sie myjnia dla psów. Taki kacik z jedna rura z szamponem a druga z woda do umycia psa. Niestety nikt w tym czasie co my bylismy  „nie prał” psa.

Ps2. Oddajemy samochod a ja nadal nie rozgryzlam jak sygnalizowac swiatlami jazde po rondzie. Mam pewne przypuszczenia ale poniewaz turysci zaburzaja statystyke to nadal nie potwierdzone.